Polska_Misja_Katolicka.gif (3325 bytes)

Msze sw. w jez. polskim w Holandii Katechizacja Ogloszenia i informacje Intencje modlitewne Ksiega Gosci
O PMK Amsterdam Szkola PMK Amsterdam Z historii naszej Misji Strony, na ktore warto zajrzec Jubileusz 2000 w Internecie
Co nowego? Katechezy biblijne dla doroslych Nasza mala czytelnia Kronika naszej Misji Polscy duszpasterze w Holandii

Internetowe Rekolekcje Adwentowe *2000
"Samowar księdza Jacka"
 

 REDDOT.GIF (327 bytes) 7 grzechów głównych świata Coca-Coli, czyli:  SEMPER  INCIPE !
(II niedziela Adwentu)

 

Wieniec adwentowyNo i co tam w dzisiejszej Ewangelii - przeznaczonej na II  niedzielę adwentu? 

„Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza Cezara. Gdy Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei, Herod tetrarchą Galilei, brat jego Filip tetrarchą Iturei i kraju Trachonu, Lizaniasz tetrarchą Abileny; za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni“.
  Żaden blef, żadna bajka, żadna wirtualna symulacja - konkret: rzeczywiste miejsca, prawdziwe osoby, określony czas. Fakty, wydarzenia, a przy tym... Misterium. Jest adwent, wsłuchujemy się w głos Proroka znad Jordanu - i aby coś zrozumieć trzeba nam zostawić wszystko i pójść na pustynię - a potem wrócić i być innym, po prostu lepszym - na pewno nie wrócisz z pustyni, tak jak z rekolekcji takim samym człowiekiem. I uwierz mi, że wcale nie musisz jechać na Saharę, Kalahari czy Kara-kum lub choćby na Pustynię Błędowską. Ona jest zawsze blisko - ale trzeba chcieć ją odnaleźć - i dlatego i ja wołam dziś: „żeby oni chcieli chcieć“ !!!

Ale zróbmy mały skok w czasie i przestrzeni:
„Było w ostatnim roku panowania Billa Clintona, gdy prezydentem Rosji był Władimir Putin. Prezydentem zjednoczonych Niemiec był Johannes Rau, a Aleksander Kwaśniewski po raz kolejny (z woli dużej części mych rodaków) objął fotel prezydencki III Rzeczpospolitej. Gdy odbyły się Igrzyska Olimpijskie w Sydney oraz światowa wystawa EXPO; w 23 roku pontyfikatu Jana Pawła II; w roku wielkich katastrof „Concord’a“, „Kurska“ i tragedii w austriackim Kaprun - skierowane zostało słowo Boże do CIEBIE  XYZ - synu (córko) N...“ - i co ty na to??? 

I wiesz co Pan chce ci powiedzieć? Myślę, że chciałby mi powiedzieć: „Jacku, Jacku  - nawróć się, czyń pokutę, zmień swe życie; przygotuj drogę Panu, prostuj ścieżki dla Niego, nie stój z założonymi rękami - i nie tylko patrz na swoje życie, ale przekaż to ważne wezwanie dalej... przekaż je innym!“

Prostowanie ścieżek dla Pana, będzie polegało najpierw - to pierwszy krok - na stanięciu w prawdzie; potem trzeba wyzbyć się tego co złe, a potem czynić jak najwięcej dobra i iść konsekwentniej za Mistrzem... My dziś skupimy się na tych pierwszych elementach. I choć w Kościele najważniejszym słowem nie jest „grzech“ lecz „miłość“, to nie możemy zapomnieć, że grzech istnieje, że stanowi coś realnego i coś strasznie wrednego - jeśli... jeśli chcemy być uczniami PANA, to musimy coś z tym „fantem“ zrobić, bo dalej tak być nie może... A więc do dzieła! 

W mądrych księgach czytamy, że tzw. grzechy główne, dlatego są takimi nazywane, gdyż prowadzą do innych grzechów i wad, stanowią ich podłoże, punkt wyjścia. Podczas gdy w 1 Liście św. Jana jako zasadnicze negatywne skłonności człowieka zostają przedstawione w triadzie: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha żywota (1J 2,16), to późniejsze rozważania teologiczno- moralne Ewagriosa Pontikosa i Jana Kasjana, wspominały o 8 grzechach głównych, zaś od czasów Grzegorza Wielkiego przyjmuje się  w nauce chrześcijańskiej 7 grzechów głównych. Są to: pycha (inanis gloria), chciwość (avaria), zazdrość (invidia), gniew (ira), nieczystość (luxuria), nieumiarkowanie - łakomstwo (gula), lenistwo i duchowa „ociężałość“ (acedia).  Superbia - zuchwalstwo, buta, arogancja - nie była już więcej uważana za jeden z grzechów głównych, ale po prostu za korzeń i istotę każdego grzechu.

Katechizm Kościoła Katolickiego mówi: „grzech powoduje skłonność do grzechu; rodzi wadę wskutek powtarzania tych samych czynów. Wynikają z tego niewłaściwe skłonności, które zaciemniają sumienie i zniekształcają konkretną ocenę dobra i zła. W ten sposób grzech rozwija się i umacnia, ale nie może całkiem zniszczyć zmysłu moralnego“ (KKK 1865).

Proszę mnie źle nie zrozumieć! Niniejszą naukę nie chcę zmieniać tego co nauczyłeś się w trakcie przygotowania do I Komunii św. Nie chcemy też poprawiać prawd katechizmowych, czy przekreślić teologiczną spuściznę wielkich umysłów. NIE! Nie będziemy tworzyć nowego katalogu grzechów głównych. Tytuł niniejszej nauki miał być (przyznaję się bez bicia) czystą prowokacją, by zastanowić się nad pewnymi sprawami, które gdzieś może nam umykają, a na które z pewnością trzeba zwrócić uwagę, jeśli chcemy zadbać o wysoką jakość naszego chrześcijaństwa... A świat „Coca-Coli“. No cóż jest świat według Bundych, świat według Kiepskich - to czemu nie możnaby nazwać tego co się wokół nas dzieje „światem Coca-Coli“. Nie żebym był jakimś zaciekłym wrogiem tego koncernu, ale chodzi o wyrażenie pewnej głębszej prawdy o świecie w którym liczy się to co szybkie, łatwe, przyjemne, nie zmuszające do myślenia, „natychmiast sycące“... Już ks. Jerzy Szymik pisał (choć o ...pepsi-coli): „wszystko jest bez sensu. Z twojego życia , człowieku, nie będzie ani pożytku, ani zgrozy, ani nagrody, ani kary. Nic. Twoja miłość i cierpienie nie służą ani Bogu, ani ojczyźnie, ani ludziom, ani diabłu. Nic. Jedyne, co warto zrobić, to napić się pepsi. Nie ośmieszaj się z wyimaginowanymi wyborami między dobrem a złem. Masz wybierać między PZU a Wartą. Ubierz się więc w najwyższej jakości tkaninę. I pij pepsi. Na umór, >>na pohybel wszystkiemu<< (to cytat z Psów Pasikowskiego)“. No właśnie - o coś takiego nam by chodziło: „7 grzechów głównych świata Coca-Coli...Czy jest to też twój świat?! Wybacz... Ale na to pytanie musisz znaleźć odpowiedź sam... Przy tworzeniu tego „katalogu“ podparłem się przemyśleniami i tekstami autorstwa: Katarzyny Borkowskiej („W drodze“), Andrzeja Dębskiego („Obudź się i powstań z martwych“)  oraz  Janiny Katz-Hewetson („Znak“).
To co? Zaczynamy? O.K.!

BOŻKO-MANIA

Można nazwać to też bardziej fachowo: idolatrią czy bałwochwalstwem, ale my trzymajmy się tego właśnie określenia, bo ono w sposób idealny pasuje do współczesnych realiów  (mania...). Właściwie nie mogę zgodzić się z tymi wszystkimi, którzy twierdzą, że dzisiejszy świat jest bezbożny. Przecież on aż roi się od różnych bożków (bo Bóg prawdziwy jest tylko jeden!) - naturalnie są to tylko „przebierańcy“, pseudopostacie, karykatury, złudy,...- które nie mogą nam nic zaoferować. Martwe same w sobie, ożywają... dzięki nam, którzy je tworzymy, czcimy, zabijamy się dla nich - bez pamięci.

Przykłady są banalne (ale groźne): pieniądze, seks, narkotyki, kariera,...- ale w sumie to nie jest żaden banał, bo chodzi o nasze życie... Bo któż to jest Bóg / bóg? Ktoś komu się całkowicie powierzamy, kto wypełnia nasze życie, nasze serce, kto dyktuje nasz sposób wartościowania, bez kogo nie możemy się czuć szczęśliwi,... Kto jest więc twoim prawdziwym Bogiem / bożkiem? O tym, że praktycznie bardzo często występuje „bożko-mania“, o tym jak wielu mamy bożków, łatwo przekonać się metodą negatywnej selekcji. Oto nasze życie  w kilku odsłonach:

-odsłona pierwsza: tu i teraz. Wszystko w najlepszym porządku: żona, dzieci, dom, samochód, praca, przyjaciele, pies, dobra praca (i płaca), rezerwacja hotelu na urlop i konto  w banku, nadto jasna perspektywa, że będzie się śniło i żyło, i sny spełniało - do samego końca.

-odsłona druga: pracy już nie ma (i płacy też). Rezerwację trzeba anulować i cały plan „bierze w łeb“. Konto w banku stopniało a zamiast snów pojawiają się koszmary... Co powiesz? Jeśli po tym wszystkim chcesz i potrafisz ucieszyć się Bogiem Żywym, na modlitwie szczerze podziękować i się nie zamartwiać, to znaczy, że to co utracone, nie było twoim bożyszczem.

-odsłona trzecia: już nie tylko domu i samochodu nie ma, ale żonę z dzieckiem tracisz. Sam zaczynasz poważnie chorować, czujesz się strasznie samotny. Gdziekolwiek pójdziesz, tam całujesz tylko klamkę lub oglądasz obojętne plecy przyjaciół... Co powiesz? Jeśli po tym wszystkim chcesz i potrafisz ucieszyć się Bogiem Prawdziwym, szczerze uwielbiać Go na modlitwie, i nie załamywać się, to znaczy, że rzeczywiście kochasz Go ponad wszystko, i że nic nie stanęło między tobą i Panem, a zaufanie twoje jest godne podziwu.

A czy umiałbyś w wieku 45 lat zmienić zawód, gdybyś był przekonany, że tego żąda od Ciebie Bóg? A czy byłbyś gotów już jutro udać się do dalekiego kraju, by pomóc ludziom, gdy okazałoby się to konieczne? A czym sam ze swoją doczesnością umiałbyś się pożegnać bez żalu, jeśli ON zawoła: „już czas...“

Prawdę powiedziawszy, to się dopiero tego uczymy - obyśmy się okazali pojętnymi uczniami! A tymczasem właśnie ten ktoś lub to coś, z czego nie potrafimy (nie chcemy!) bezwarunkowo i natychmiast zrezygnować, jest faktycznie naszym bogiem. Czasami są to rzeczy małe: ulubiony obraz, fajny długopis, karnet na stadion czy własna fryzura. Może to być potrawa, papieros czy... komputer. Może powiedzonko lub przekleństwo... I czasami może być tak, że najłatwiej byłoby nam zrezygnować... z Pana Boga. Bo zobaczmy: gdy mamy ochotę zrobić coś ulubionego: zająć się naszym hobby, obejrzeń najnowszy kinowy hit czy też kupić super-ciuch czy wystarać się o bilet wstępu na dancing z gwiazdami sportu - to nie żal nam ani pieniędzy, ani zachodu, ani czasu: idziemy „po trupach“. Ale gdy chodzi o rzeczy naprawdę istotne, gdy chodzi o Boga, to stajemy się dziwnie „oszczędni“, a nawet - skąpi (bo: marnujemy czas, bo nam to nie odpowiada, bo się ośmieszymy...). A więc: ręka na serce: kto lub co jest naszym bogiem???

Jest coś z tragi-farsy, coś z ludzkiego nieszczęścia i mega-bzdury w tym, że my ludzie zabiegamy o drugiego człowieka i lękamy się go, zabijamy się o grudkę złotego kruszcu lub zwitek zadrukowanego papieru czy też strzęp nieurodzajnej ziemi, a poddajemy się całkowicie Stwórcy - wiedząc jak nas kocha !!! A może tak czynimy, bo wydaje nam się, że On nie widzi, że Go to nie obchodzi, że milczy... Może gdyby częściej występował, mówił zaraz po głównym wydaniu Wiadomości, może gdyby był inny... Może wtedy byłoby prościej...? Ale co to znaczy - „inny“ Bóg. Albo co to znaczy - prościej? To nic nie znaczy, bo to my wymyślamy tych nowych „bogów“ i oddajemy im dobrowolnie władzę nad swym życiem. A jak przychodzi prawdziwy Bóg, to Mu plujemy w twarz i chcemy Go krzyżować, a potem twierdzimy, że to ON właśnie jest winien; że nam jest coś winien, wreszcie, że sobie sam jest winien...

TUMIWISIZM

Inaczej moglibyśmy powiedzieć: obojętność lub zniechęcenie.
Coraz częściej stajesz się stłamszony, osaczony, bezsilny. Coraz wyraźniej dostrzegasz, jak bardzo jesteś zależny, poddany, i nie wiele możesz. Coraz mocniej jesteś przekonany, że twoje wysiłki, namiastki dobrych chęci, a nawet „większe podrygi“ - nie odgrywają żadnej istotniejszej roli.

I coraz mniej w tobie mocy,
         mniej wolności,
         mniej nadziei...

A miałeś  t a k i e  plany, żeby zmienić tę całą atmosferę w domu, w pracy,... Miałeś tyle nadziei, że uda się wydobyć choć drobinę dobrej woli u innych i u siebie. Byłeś święcie przekonany, że się uda... I co?!
Zostałeś sam na sam ze swoją porażką.

Już nie dostrzegasz, już nawet nie patrzysz, już twierdzisz tak jak inni, że i tak to wszystko „do niczego“, że nie ma sensu... .  „Że mi to wisi“... „Spadaj - po co się będę wysilał!“ I to jest właśnie to: obojętność, bylejakość, zniechęcenie. To jest iście szatański plan  - by cię sparaliżować. I wcale nie musisz od razu czynić zła. Wystarczy, że przestaniesz czynić dobro; że powoli utracisz moc ufności, że przestajesz chcieć, i cię to ani ziębi, ani parzy... A myślisz sobie, że to jeszcze nic takiego; że to co innego niż kraść, nienawidzić czy gwałcić... A czy wiesz, że każde takie zniechęcenie podprowadza cię w „strefę cienia“. Bo gdy opuszczasz ręce, milczysz, źle wykonujesz obowiązki, narzekasz, gdy... - ile tego wszystkiego nazbiera się w ciągu dnia... To są twoje codzienne ścieżki do grzechu.
 „Wy zaś, bracia, nie zniechęcajcie się w czynieniu dobrze“ (2 Tes 3,13).

SNOBIZM

Typowego snoba cechuje gadatliwość. Snob jest bardem-upiorem towarzyskich spotkań: mówi wyłącznie o sobie i wyłącznie w superlatywach. Ulubionym tematem snoba jest opowieść o tym, jak pożyczył pieniądze komuś znacznie bogatszemu od siebie, opis luksusowego hotelu, w którym mieszkał na wczasach, przyjaźń i zaufanie ludzi zamożnych lub sławnych. 
Snob jest z reguły świnią, ale lubi spełniać dobre uczynki. Marzy o tym, aby uczynić coś wspaniałomyślnego, ale tylko po to, aby później móc przed innymi popisać się wielkodusznością. Snob chętnie opowiada, z jaką ofiarnością opiekował się chorym przyjacielem, ale nigdy nie zapomni przy tym wymienić z nazwiska tych, którzy zachowali się mniej szlachetnie od niego. Snob pragnie być dżentelmenem, ale zawsze, prawie zawsze, jest jego przeciwieństwem. 
Snob zwraca mi uwagę przy stole, iż nie podaje się chleba ręką. Snob nie wie, że zwracanie komuś uwagi w towarzystwie jest objawem złych manier. Nie odmawiam sobie przyjemności poinformowania go o tym. Snob kuli się w sobie i milknie. Robi mi się przykro. Czemuż tępię człowieka, który pragnie być lepszy niż jest? Tak reaguje snob początkujący. Snob wytrawny, zadufany w sobie, odpowiada chamstwem. Oczy zamieniają mu się w dwie małe szparki. Kopie mnie boleśnie w najczulsze miejsce - które zna! - bo każdy rutynowany snob prowadzi rejestr grzechów swoich bliźnich. Walka ze snobem zatwardziałym nie jest łatwa, bo jak powiada jedna z postaci w Ślubie Gombrowicza: „Każdy sobie na coś pozwala i dlatego musi pozwalać innym“. 

Snob wypytuje mnie o moją pracę. Pytanie pozornie niewinne, zapalam się, odpowiadam. Snob uśmiecha się z politowanie: „A wszystko po to, żeby zadowolić twoje małe ego.“ Snob sam jest próżny jak paw, ale cierpiąc na chorobę zwaną w psychologii projekcją, rzutuje na innych własne wady: strzela w moją rzekomą lub prawdziwą próżność. Ale ja się nie daję. Wietrząc w wypowiedzianym zdaniu cytat z innego snoba - którego mój snob jest uniżonym wasalem - pytam, kiedy ostatni raz wypowiedział zdanie, które sam pomyślał. Snob nigdy mi tego nie zapomni. Snob jest ranliwy. Nie ma nic łatwiejszego jak unieszczęśliwić snoba. 
Snob kupuje książki, chodzi na koncerty. Snob nie odróżnia Bacha od Mozarta, ale jest na „ty“ z żoną dyrygenta. Wiedza innych na jakiś temat doprowadza go do białej gorączki. Własna wiedza na jakikolwiek temat wprawia go w ekstazę. Snob jest łowcą rzeczy, ludzi i ułamków wiedzy. 
 Przy całej swojej pracowitości snob jest leniem: woli udawać, że jest kimś - na przykład człowiekiem wykształconym - niż zdobyć wykształcenie. Snob jest słaby i silny zarazem: silny chamstwem, słaby nerwami. Snob jest zawsze spięty, bo snob boi się, że mu nie wyjdzie, że zostanie rozszyfrowany. 
Snob reprezentuje „ludzkość na dorobku“. We współżyciu z ludźmi snob posługuje się rzymską zasadą: divide et impera

Snobizm - monstrualna imitacja. Dzieci snoba przeczytają książki, które snob zakupił, ale nie miał siły przeczytać. Po latach snob sam zacznie ubierać się ze smakiem i poprawnie zachowywać. Sztuka teatralna czy koncert symfoniczny przestaną być męczarnią, a staną się przyjemnością. I tak dalej, i tak dalej. 
Snob nie lubi siebie, ale stara się to przed sobą - i przed innymi - ukryć. Snob walczy zawzięcie o swój obraz w oczach innych, ale retuszowanie portretu odbywa się przy pomocy noża wbijanego w konterfekty bliźnich. Snob to mały dyktator, mały szantażysta, mały mafioso żądny władzy, poklasku i ofiar. 

Snobizm to w pewnym sensie: instynkt perfekcji, pociąg do lepszego. Nieodwzajemniona miłość do tego, na co nas nie stać, czym nie jesteśmy. A ty, czy jesteś snobem?

NIEUFNOŚĆ  

Inaczej moglibyśmy powiedzieć: chorobliwa podejrzliwość.  A przecież tyle było w tobie szczerości, zaufania, otwartości, prostolinijności, wrażliwości. Traktowałeś napotykanych ludzi normalnie, po prostu, naturalnie. Gdy słyszałeś „tak“ - to rozumiałeś „tak“; gdy słyszałeś „nie“ - to wiedziałeś, że chodzi o „nie“. Ani śladu szpiegowskich spojrzeń, „podjazdów“, dwuznacznych teorii, zawiłych rozumowań... A obecnie? A teraz mówisz, że byłeś po prostu głupi. Sam nie wierzysz, jak mogłeś być aż tak naiwny. Żałujesz, że byłeś zbyt otwarty, zbyt szczery, szczeniacko wrażliwy... Teraz ty - doświadczony życiowo chrześcijanin - ty dorosły człowiek, który nie da sobie „w kaszę dmuchać“ - już wiesz, że to się „nie opyla“, że jedynie podejrzliwość, zamknięcie w sobie, nieufność - są dla ciebie szansą przetrwania... Tak myślisz, i tak działasz... Nie ufasz: nigdy, nigdzie i nikomu!

I wtedy, gdy ktoś ci mówi bolesną prawdę,
i wtedy, gdy zbyt gorliwie przekonuje cię o twojej uczciwości,
i wtedy, gdy dyskutujesz,
i  wtedy, gdy milczysz...
W gorzkich słowach prawdy - tropisz natychmiast zazdrość,
w życzliwości - interesowność,
w rozmowach - podchwytliwość,
w milczeniu - tchórzostwo.

Sam dla siebie stajesz się wykładnią dobra i zła. Jesteś jedynym ekspertem w ocenach wszystkiego i każdego, chociaż... zaraz, zaraz! A czy ty ufasz choć samemu sobie...?!
 „Miej ufność w Panu i postępuj dobrze“ (Ps 37,3).

PIRACTWO

Nie do końca jest to nazwa adekwatna, do problemów poruszanych w tym momencie, ale w jakimś rozszerzonym maksymalnie znaczeniu - owszem. Pirat- czyli ten, który bezprawnie, a nawet „przemocą“ bierze w niedozwolony sposób to, co do niego nie należy...
Wczytajmy się  w niezwykle interesujące wywody ks. prof. Pawła Bortkiewicza TChr („W drodze“, 6/2000) na ten właśnie temat:

„Pisał niegdyś o. prof. Jan A. Kłoczowski OP, że kradzież jest czynem niewolnika i to dokonywanym pod osłoną nocy, której mroki wyrażają pragnienie uwolnienia się od odpowiedzialności. Warto zatem przypatrzeć się, jaki jest we współczesnym społeczeństwie, a dokładniej — w sumieniach tworzących je ludzi, stosunek do własności materialnej oraz dóbr duchowych i intelektualnych. Jest on bowiem w jakiejś mierze kryterium wolności opartej na zasadach sprawiedliwości i miłości. Okaże się wówczas, że w polskich realiach jesteśmy, jako społeczeństwo, wciąż w drodze — od mroku do jasności, od zniewolenia do wolności.
Kradzież własności przechodziła różne etapy ewolucji form i materii. Kradziono w różnych momentach historii. Cudze mienie zawłaszczali sobie ludzie biedni i bogaci, trudniący się rozmaitymi profesjami. W niedawnych zupełnie czasach robotnik kradł, aby kupić sobie butelkę wódki, a dyrektor firmy, w której ten robotnik pracował, kradł, by postawić sobie willę.

Współcześnie jedną z charakterystycznych form złego stosunku do własności jest paserstwo. Widok bazarów czy stadionów zamienionych z aren sportowych na areny zaspokajania potrzeb materialnych stał się charakterystycznym elementem naszej codzienności. Jak pisze jeden z publicystów — w tych obszarach, które stanowią miejsca obrotów pieniężnych, konkurujących z największymi firmami w kraju, siódme przykazanie Dekalogu — nie kradnij — nie ma większego wzięcia. Jest ono zastąpione, jak można wnioskować, przez zasadę pochodzącą z innej epoki: każdemu według potrzeb. 
W gospodarce niedoboru wszyscy przyzwyczaili się do kombinowania. I nie było specjalnej różnicy między towarem załatwionym, sprzedanym na talon, spod lady, wyniesionym z zakładu czy pochodzącym z włamania. Wszystko było państwowe, czyli niczyje, a jeśli ktoś szarpnął coś z magazynu w swoim przedsiębiorstwie, mógł to nawet uważać za walkę z narzuconym w Polsce ustrojem. I to w ludziach pozostało.
Istotnie, wiele można wytłumaczyć erozją sumień, będącą efektem czasu, presji systemu i struktur. Niewątpliwie minione lata i system polityczny i ekonomiczny sprawiły, że zagadnienie własności ma dzisiaj rozmyte kontury w naszej polskiej (choć na pewno nie tylko) rzeczywistości. 

A co na ten temat mówi Katechizm Kościoła Katolickiego? „Wszelkiego rodzaju przywłaszczanie i zatrzymywanie niesłusznie dobra drugiego człowieka, nawet jeśli nie sprzeciwia się przepisom prawa cywilnego, sprzeciwia się siódmemu przykazaniu. Dotyczy to: umyślnego zatrzymywania rzeczy pożyczonych lub przedmiotów znalezionych, oszustwa w handlu, wypłacania niesprawiedliwych wynagrodzeń, podwyższania cen wykorzystującego niewiedzę lub potrzebę drugiego człowieka.
Są moralnie niegodziwe: spekulacja, która polega na sztucznym podwyższaniu ceny towarów w celu osiągnięcia korzyści ze szkodą dla drugiego człowieka; korupcja, przez którą wpływa się na zmianę postępowania tych, którzy powinni podejmować decyzje zgodnie z prawem; przywłaszczanie i korzystanie w celach prywatnych z własności przedsiębiorstwa; źle wykonane prace, przestępstwa podatkowe, fałszowanie czeków i rachunków, nadmierne wydatki, marnotrawstwo. Świadome wyrządzanie szkody własności prywatnej lub publicznej jest sprzeczne z prawem moralnym i domaga się odszkodowania“ (KKK 2409).

Powyższe uwagi mogą stanowić tło do postawienia kwestii, która z jednej strony jest sprawą niezwykle czytelną, a z drugiej — w równym niemal stopniu — ukrytą. Chodzi bowiem o stosunek nas, ludzi współczesnych, do tak zwanych dóbr duchowych, a wśród nich do dóbr intelektualnych. 
To jest problem kradzionych programów komputerowych, muzyki przegrywanej z płyt CD, kserowanych książek, plagiatów prac naukowych i innych form podpisywania się pod cudzą pracą, naruszania praw autorskich do książek, obrazów, utworów... i jeszcze może innych. Ta panorama spraw domaga się regulacji zarówno prawnych, jak i większej pedagogii moralnej, uwrażliwiającej na postawiony problem. 
Istotnym elementem patologii tej sfery życia i kultury są plagiaty i naruszanie praw autorskich. Istnieją różne formy wzmiankowanego zjawiska. Wymienić tutaj można dopisywanie nazwisk profesorów do prac swoich asystentów czy też sytuacje, w których okazuje się, że autor nie zna treści swojej publikacji. O randze problemu świadczy próba obiektywizacji osiągnięć naukowych — tzw. Impact factor

Wszystko to tworzy w pewnym zakresie klimat, w którym z coraz większą mocą wybrzmiewa zagadnienie etyki ochrony dóbr intelektualnych jako integralnych dóbr osoby ludzkiej. Można chyba zauważyć z całą jasnością, że wrażliwość na to zagadnienie jest uwarunkowana wrażliwością na wartość człowieka. Aktualny stan erozji siódmego przykazania w Polsce (i nie tylko) jest efektem aberracji antropologicznej — zakłamania prawdy o człowieku. Przywracanie tej prawdy, co jest w naszym świecie i naszej kulturze domeną posługi Jana Pawła II, owocuje wzrostem refleksji nad stosunkiem do dóbr służących rozwojowi człowieka. 
Jeśli bowiem przykazania Dekalogu uczą nas podstawowych zasad sprawiedliwości, to Mądrość Boża objawiona w Chrystusie, Synu Maryi, ukazuje głębszy jeszcze wymiar moralności. Jest to wymiar miłości, w szczególności wymiar miłości miłosiernej. Chrystus uczy nas, że ponad poziomem dóbr, które można i trzeba dzielić wedle miar sprawiedliwości — człowiek jest powołany do miłości, która jest większa od wszystkich dóbr przemijających. Ona jedna nie przemija. Miłość nie przemija. Ona jest miarą życia wiecznego — to znaczy życia człowieka w Bogu samym. Albowiem Bóg sam jest Miłością (por. 1 J 4,8). 

Nie oznacza to relatywizacji czy subiektywizacji zasad. Przeciwnie, nakazuje z tym większą restrykcją odnosić się do kradzieży dóbr intelektualnych, gdyż godzą one głębiej w sferę osobową człowieka. Jednocześnie też nakazuje stosować takie zasady postrzegania dóbr intelektualnych i duchowych, które będą służyły rozwojowi jak największej liczby członków społeczeństwa, a nie tylko elit ustalanych na podstawie wyznacznika ekonomicznego.“ I pewnie, że jest różnica między człowiekiem, który skopiuje 2000 płyt kompaktowych i sprzeda je z zyskiem (nielegalnie), a człowiekiem, który skopiował jedną ulubioną płytę... Ale i jedno i drugie jest moralnie naganne. Bo jeśli 100 tysięcy ludzi pomyśli w ten sposób, że jedna czy dwie skopiowane płyty to jest „nic“ - to jak wtedy wgląda to w skali globalnej? Jak wielkie straty ponosi autor, producent, państwo? I na koniec bardzo konkretne pytanie, które nam pomoże zrozumieć o co tak naprawdę chodzi: czy gdybyś ty był autorem fantastycznego programu komputerowego, niezwykle interesującej książki czy robiącym furorę piosenkarzem, i twój zysk zależałby od ilości sprzedanych egzemplarzy danego dzieła, to jak byś się czuł (i czy nadal nie miałbyś nic przeciwko temu), gdybyś wiedział, że to twoje „cacko“ jest na potęgę kopiowane, a tobie „kokosy“ przechodzą koło nosa ?!

NARCYZM

No i co? Okazuje się, że to zawsze inni są gorsi od ciebie: nie umieją, gorzej się ubierają, są mało przedsiębiorczy, śle się zachowują... Tak myślisz o drugich - i tym samym sam utwierdzasz się w przekonaniu, że to ty właśnie jesteś: obyty, wymowny, najzdolniejszy. To ty potrafisz się zachować, znaleźć odpowiednie rozwiązanie, mądrze rozstrzygnąć... Ty...Tylko ty... I tak miliony razy każdego dnia. I tak tworzysz mit, w którym grasz główną rolę. Skutecznie doprowadzasz siebie do stanu samouwielbienia. A co gorsza - oczekujesz tego uwielbienia od otoczenia. I chyba nawet nie wiesz, kiedy się tak sam w sobie zakochałeś, kiedy tak się wszystko „w tobie - tobie“ zaczęło bezwzględnie podobać? A może wtedy, gdy absolutnie odrzucałeś każdy przejaw krytyki - więc przestano ci mówić prawdę w oczy.

A może wtedy, gdy prawiono ci komplementy „ze względu na wzgląd“, a ty brałeś to wszystko na poważnie, bo to i miłe, i wygodne, i łechce twą próżność - no więc schlebiają ci po dziś dzień.
Był taki moment, że zacząłeś siebie zdradzać, a swe człowieczeństwo powlekać warstwą ochronną. Najpierw troszeczkę, potem coraz pewniej i mocniej... aż do tej nieznośnej chełpliwości.

Pewnie, że trzeba znać całą prawdę o sobie - tę pozytywną także, jak najbardziej, ale pamiętaj, o wskazówce z „Desideraty“: nie porównuj się z innymi, gdyż zawsze znajdziesz lepszych i gorszych od siebie... A poza tym: nie bądź śmieszny. Nie potrafisz wszystkiego najlepiej, nie jesteś taki genialny - pamiętaj, że z takimi fachowcami „od wszystkiego“ strasznie ciężko jest żyć... Owszem może i na wykresie znalazłbyś się „powyżej średniej krajowej“, ale nie dopuszczaj, by klaskano na twą cześć tak głośno, że nie usłyszysz prawdy. Nie dopuszczaj, by kłamano ci tak zapamiętale, że nie rozpoznasz prawdy o sobie, o swoim życiu
Zrzuć czym prędzej karnawałową maskę myśli o sobie: ulizanych, gładkich, egocentrycznych - a przecież jakże fałszywych...

To grzech narcyzmu wprowadza cię w rzeczywistość więzienia: gdzie stajesz się niewolnikiem pozerstwa, szpanu i obłudy.
Proszę cię więc - pozwól sobie na luksus stanięcia w nagiej prawdzie, nawet gdyby miało boleć, ale to jest twój ratunek. Zrób to - zanim nie będzie za późno. Bo inaczej zapędzisz siebie w ślepą uliczkę miraży i nie tylko ty, ale i twoi ukochani - nie rozpoznają ciebie w tobie. I żyj tak, by Bóg „mógł rozpoznać ciebie - w tobie“...

... „TEN  SIÓDMY“...

Może już zapytałeś sam siebie: czy masz jakieś bożki, czy jesteś nieufny: może jesteś uczciwy, porządny, umiesz się z innymi dogadać... Może i nie potrącasz po chamsku, nie lekceważysz, nie jesteś zapatrzony w siebie jak w obrazek... A jednak...
A jednak, gdy zejdziesz na samo dno serca, to wiesz, że nie jest tak jak być powinno. To prawda: nie zabijasz, nie upijasz się, nie zdradzasz żony, jesteś zawsze w kościele... A jednak - jest w tobie ten  t w ó j  s i ó d m y  grzech, o którym doskonale wiesz, a którego boisz się nawet nazwać!

A może trzeba zapłakać całym sobą - nad sobą - i w ten sposób przejrzeć?!
A może trzeba trwać w żalu jak najszczerszym, aż do spuchnięcia kolan i przebaczyć tym, którzy zawinili wobec ciebie?

A może trzeba będzie wreszcie powiedzieć odważnie „tak“ - swemu chrześcijańskiemu powołaniu i przyczyniać się do przemiany tego świata: świata Coca - Coli. Ty to wiesz... Ty to dobrze wiesz... Tylko ty to wiesz ...i Bóg oczywiście, ile cię to będzie kosztowało, aby podjąć radykalną decyzję, ale ona jest po prostu: konieczna! Bo wszystko zależy od tego: kim dla ciebie jest Bóg - „efektownym dodatkiem od kostiumu życia“ czy samą ISTOTĄ, SEDNEM, SENSEM - WSZYSTKIM? I wszystko zależy też od tego czy ty swe życie mierzysz wyżej niż na tylko na doczesność , choćby najbardziej kolorową... 

„Znam twoje czyny: twój trud i twoją wytrwałość, i to że złych znieś nie możesz (...). Ale mam przeciw tobie to, że odstąpiłeś od twej pierwszej miłości. Pamiętaj więc, skąd spadłeś, i nawróć się, i pierwsze czyny podejmij!...“ (Ap 2, 2-5)

 To tyle...Uff...! Gorzka dziś ta herbata była - ale ona ma być jak lekarstwo. Tego więc i sobie i Wam - moi Drodzy, z całego serca życzę!!! Jak już wspominałem - w Kościele najważniejszym słowem nie jest „grzech“ lecz „miłość“,  a jak mówi pewna (już właściwie dość posunięta w latach) piosenka - KOCHAĆ, TO ZNACZY: POWSTAWAĆ !  Mamy więc odrzucić uczynki ciemności, a postępować jak dzieci światłości - w ten sposób przygotować drogę dla PANA. Nie załamuj się, bo jeszcze nie jest za późno - jeszcze masz szansę - tylko ją dobrze wykorzystaj. I w tym kontekście daję ci na drogę tę łacińską maksymę: SEMPER  INCIPE, czyli: ciągle zaczynaj od nowa, ciągle zaczynaj na nowo: lepiej, mądrzej, szlachetniej, pobożniej. Nigdy się nie poddawaj, ale idź wytrwale naprzód. Niech i ten adwent stanie się takim „nowym, dobrym początkiem“ - semper incipe...

I żeby tak pogodniej zakończyć całą, długą rekolekcyjną naukę, proponuję do tej dzisiejszej, cierpkiej herbaty, dodać na koniec trochę „prądu“ (trochę - powiedziałem) - tak na rozgrzewkę... 
I wznieśmy wspólnie toast - wypijmy - nie tak jak śpiewał przed laty Rynkowski „za błędy na górze“, ale tak jak śpiewa na swej najnowszej płycie - „za błędy na dole“...
Wypijmy więc za błędy na dole, czyli za nasze błędy, byśmy ich już więcej nie popełniali !!! (i za tych „co na morzu“). Zdrówko!

  

ZADANIE DOMOWE:

Dziś w ramach rekolekcyjnego zadania domowego, proszę o przeczytanie, o przemedytowanie kilku utworów poetyckich, które wyszły spod pióra moich serdecznych Przyjaciół, ludzi wielkiego Umysłu, i jeszcze większego Serca, moich „kursowych“ Współbraci: ks. Sławomira Murawki TChr oraz ks. Andrzeja Sowowskiego TChr. Za udostępnienie tych tekstów Autorom wyrażam najgłębszą wdzięczność! To jest poezja...

 

Ks. Jacek Staniek SChr.
e-mail: staniek@hotmail.com


Copyright  (c)  1999-2000  Polska Misja Katolicka AmsterdamList do PMK Amsterdam
Ostatnia modyfikacja:  01-04-2001