Polska_Misja_Katolicka.gif (3325 bytes)

Msze sw. w jez. polskim w Holandii Katechizacja Ogloszenia i informacje Intencje modlitewne Ksiega Gosci
O PMK Amsterdam Szkola PMK Amsterdam Z historii naszej Misji Strony, na ktore warto zajrzec Jubileusz 2000 w Internecie
Co nowego? Katechezy biblijne dla doroslych Nasza mala czytelnia Kronika naszej Misji Polscy duszpasterze w Holandii

Internetowe Rekolekcje Adwentowe *2000
"Samowar księdza Jacka"
 

 REDDOT.GIF (327 bytes)  ZOSTAŃ  KOPERNIKIEM,  CZYLI:  OBUDZIĆ UŚPIONE SŁOWA...
(III niedziela Adwentu)

 

Wieniec adwentowyW tekście Ewangelii według św. Łukasza, który jest odczytywany w III niedzielę adwentu (rok C), na pierwszy plan wysuwa się pytanie, które pada ze strony ludu gromadzącego się wokół niesamowitego proroka znad Jordanu - św. Jana Chrzciciela, a mianowicie: „cóż mamy czynić?“. Biorąc pod uwagę aktualną sytuację w społeczeństwie i Kościele, można by poruszyć w tym miejscu całe mnóstwo niezwykle ważnych tematów. Tegoroczne internetowe rekolekcje adwentowe, które dla wszystkich uczestników mają być jak łyk krzepiącej herbaty, stanowić też mają próbę odpowiedzi na to dręczące i współczesnego człowieka pytanie: „co mam czynić, jak postępować, jaki styl życia przyjąć?“

Moi Drodzy - nie wiem czy ktoś z was poczynił już podobne spostrzeżenie: gdy przekroczymy próg współczesnego super-marketu to zauważymy masę towarów oznaczonych dopiskiem „LIGHT. I w ten sposób mamy: kawę light, papierosy light, colę light, piwo light, majonez light,....itd., itp. Wszystko - LIGHT! A co to oznacza? W pewnym sensie oznacza „odarcie“ danego towaru z tego, co stanowiło o jego wartości. Bo co to za kawa bez kofeiny? Co to za piwo bez alkoholu? Cóż to za mleko bez tłuszczu? Oczywiście, że ta argumentacja jest trochę przewrotna, ale coś w tym jest... Gorzej, gdy tę rzeczywistość LIGHT - jako czegoś bez wyrazu, bez wyraźnie zakreślonych konturów, bez konkretnego smaku, bez odpowiedniej mocy - coś „lekkiego“, zwiewnego, „nie pomoże - nie zaszkodzi“ - zacznie się stosować do rzeczywistości niezwykle poważnych... Może się bowiem pojawić pokusa: religii light, wiary ligt, pobożności ligt, moralności light, czy wreszcie Kościoła light....!

A tak szczerze, między nami mówiąc, to każdy dobrze wie, że życie nie jest light!!! Życie, wiara, moja przygoda z Bogiem - to nie są rzeczywistości light, a raczej: classic, pure, live. Wiedząc o tym, nie należy ulegać mirażom czy fałszywym prorokom, lecz próbować całe swe życie układać zgodnie z prawdą Ewangelii.

 

Jan Chrzciciel dał pytającym tłumom krótkie, zwięzłe, konkretne odpowiedzi - praktyczne wskazania odnoszące się do codziennego postępowania poszczególnych osób czy całych grup społecznych lub zawodowych.

Dzisiejsze rozważanie rekolekcyjne także chce podpowiedzieć kilka praktycznych rozwiązań, które mogą nadać naszemu życiu nowy blask, nowy smak, nową jakość. Nie są to może jakieś wielkie rzeczy - zwykłe, proste, konkretne - ale, właściwie nie waham się powiedzieć, że przez to są właśnie niezwykle ważne i poważne i potrzebne. Może warto naszą przemianę zacząć od takich właśnie zwykłych spraw, dzięki którym życie nasze (i innych) stanie się łatwiejsze, piękniejsze i wartościowsze.

 

W swych dzisiejszych rozważaniach korzystam w dużej mierze z tekstów Alessandro Pronzato, który w książce „Była tam Matka Jezusa“ zauważa, że tzw. grzechy języka nie są zawarte w klasycznym zestawieniu 7 grzechów głównych. Z drugiej jednak strony grzechy te biorą swój początek we wszystkich grzechach głównych (pycha, chciwość, zazdrość, nieczystość, nieumiarkowanie, gniew, lenistwo). Grzechy języka noszą wyraźnie ślady tychże grzechów. W Oxfordzie możemy znaleźć specjalny traktat teologiczny De lingua. I co ciekawe, autor umieszcza ten rodzaj grzechów w podzbiorze tego co nazywamy „łakomstwem - nieumiarkowaniem“. W ten sposób autor sugeruje, że może istnieć pewien „smak“ w nieopanowaniu własnego języka. W ten sposób rodzi się wyraźny związek między słowem i stołem. Właściwie to o tym, przed wiekami, pisał św. Paweł: A jeśli u was jeden drugiego kąsa i pożera, baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli (Ga 5, 15).

Pewien młody adept życia zakonnego, „fanatyk“ postu i praktyk pokutnych, usłyszał od mędrca, który chciał mu wyraźnie pokazać prymat miłości w życiu konsekrowanym: „Lepiej jeść mięso i pić wino, niż pożerać ciało brata oszczerstwem i obmową“... Niestety, jak doświadczenie życiowe pokazuje, na niektórych spotkaniach towarzyskich (i nie tylko) ludzie nie wahają się, by nieobecną osobę wręcz „pożreć“ swymi uwagami - w ten sposób rodzi się coś, co moglibyśmy nazwać - „kanibalizmem słownym“ (a do tego dochodzi jeszcze „kanibalizm papierowy“). 

Przypomnijmy sobie ten mocny tekst z Ewangelii św. Mateusza - „z każdego bezużytecznego słowa, które wypowiedzą ludzie, zdadzą sprawę w dniu sądu“ (Mt 12, 36). Z każdego...bezużytecznego...zdać sprawę...- o rety! „Bezużyteczne“ - można inaczej przetłumaczyć jako: „nie na miejscu“, czyli wtedy, gdy: mówię rzeczy nieprawdziwe; wtedy, gdy mniemam, że zawsze mam rację; przemawiając w sposób zarozumiały; czy wtedy, gdy mówię rzeczy nawet słuszne, ale w momencie i w sposób niewłaściwy (bez miłości!). Zresztą tę „wyliczankę“ można znacznie wydłużyć... I stanowi ona kapitalne potwierdzenie „zasady“, którą znajdujemy już na kartach Starego Testamentu - „nie uniknie się grzechu w gadulstwie, kto ostrożny w języku - jest mądry“ (Prz 10, 19). Tak wiele wokół nas (i w nas!) słów złych, krzywdzących, raniących, niepotrzebnych, nieprawdziwych, niesprawdzonych, ohydnych, gwałtownych, ociekających przewrotnością....

A tak mało słów: budujących, podnoszących na duchu, prawdziwych, szczerych, pełnych nadziei, czystych, pokornych, mądrych, spokojnych...

W pewnym sensie stało się normą, że tak, a nie inaczej się mówi, postępuje, wydaje sądy, podejmuje decyzje... Tak, a nie inaczej...

 

A ja dziś wzywam każdego z uczestników naszych rekolekcji: ZOSTAŃ  KOPERNIKIEM, czyli miej odwagę powiedzieć: JEST INACZEJ !

-Bo to nieprawda, że pieniądz rządzi światem

-bo to nieprawda, że nie warto być uczciwym

-bo to nieprawda, że liczy się tylko użycie i przyjemność

-bo to nieprawda, że trzeba trzymać tylko z tymi co dużo mają lub dużo mogą

-bo to nieprawda, że wszystko jest bez sensu

-bo to nieprawda, że innych trzeba niszczyć, by dojść do celu

-bo to nieprawda, że trzeba kłamać

-bo to nieprawda, że jak wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one...

To wszystko - bzdura!

Ty masz powiedzieć, głośno i wyraźnie, tak by cały świat usłyszał, masz to „wykrzyczeć całym swoim życiem“, całym sobą: JEST INACZEJ! I w ten sposób zostaniesz kimś nie mniej ważnym, niż nasz wielki rodak: Mikołaj Kopernik. Przeprowadź „rewolucję“ w swoim życiu - „wstrzymaj słońce, a rusz ziemię“ - dokonaj (z Bożą pomocą oczywiście!) przemiany własnego życia. Gdy to się dokona, będziesz umiał skutecznie i mądrze pomóc innym, którzy może jeszcze się wahają, by pójść drogą „kariery Mikołaja Kopernika“... Ty, mam nadzieję, już się jednak zdecydowałeś. Niech więc pierwszym krokiem stanie się powrót do dobrze nam znanych, jeszcze z lat dzieciństwa, tzw. „czarodziejskich słów“. Otwórzmy szkatułę z tymi bezcennymi skarbami, które są na wyciągnięcie ręki... Ale uczyńmy to przy użyciu właściwego klucza, bo jak mówi stare, ormiańskie przysłowie: „jeśli klucz jest zły, to i szkatułka się wścieknie“.

 

Moi Drodzy - pochodzący z Hiszpanii pisarz: Jorge Sans Vila, napisał książkę o pięknym tytule - „Obudzić uśpione słowa“ („Desvelando palabras dormidas, Diccionario“). Jest to słownik, w którym znaleźć można najważniejsze dla chrześcijan słowa, które w pewien sposób „zasnęły“, „zmęczyły się“ i leżą tak sobie „półżywe“. Zgasłe, zwiędłe kwiaty... 

Podejmijmy wspólnie trud, by je ożywić, przebudzić, wyrwać z letargu, nadać im pierwotny sens, i po prostu zacząć używać, używać i jeszcze raz używać! 

Pierwsze z tych słów, które domagają się radykalnego przebudzenia, to zwykłe (niezwykłe?) słowo: D Z I Ę K U J Ę. Normalna, prosta ludzka wdzięczność. Jak często każdego dnia używam tego słowa? Czy je w ogóle stosuję? Czy pamiętam o nim w najprostszych sytuacjach: w tramwaju, w sklepie, w szkole, w pracy, w biurze, na ulicy, i co bardzo ważne - w domu? Czy dziękuję ludziom: bliskim i dalekim? A przede wszystkim czy umiem (i chcę) dziękować Panu Bogu??? A może wydaje mi się, że tak właśnie powinno być, że wszystko sobie zawdzięczam, że nie muszę nikomu za nic wyrażać wdzięczności (przecież to by mnie upokorzyło...!), że to mi się formalnie należy... Mój drogi, moja droga - nic ci się nie należy, a wszystko, jak mówiła wytrwale św. Tereska, wszystko jest łaską. Póki się nie nauczę dziękować, to trudno mówić z czystym sumieniem, że jestem autentycznym chrześcijaninem... A najwyższym stopniem umiejętności dziękowania jest szczera wdzięczność i pełne zaufanie, wtedy, gdy Pan Bóg jakby „w poprzek drogi nam stanął“, jakby nam pokrzyżował nasze prywatne planiki i koncepcyjki... I wtedy powiedzieć: „bądź wola Twoja“; i wtedy wyszeptać: „Boże, dzięki, Ty wiesz najlepiej, na Tobie mogę polegać“; i wtedy zawołać: „Panie, Ty tylko mnie poprowadź“ - oto żywe i szczerozłote chrześcijaństwo! Tak jak w tej anonimowej modlitwie, która została uwieczniona na tablicy w poczekalni jednego z nowojorskich szpitali:

„Prosiłem Cię Panie o siłę, abym mógł osiągnąć sukces - uczyniłeś mnie słabym, abym mógł nauczyć się posłuszeństwa.

Prosiłem Cię o zdrowie, żebym mógł dokonać wielkich rzeczy - uczyniłeś mnie kaleką, abym mógł czynić rzeczy lepsze.

Prosiłem Cię o bogactwo, abym mógł być szczęśliwy - otrzymałem ubóstwo, aby być mądrym.

Prosiłem Cię o władzę, aby uzyskać poszanowanie wśród ludzi - uczyniłeś mnie słabym, abym odczuwał bardziej potrzebę Ciebie.

Prosiłem Cię o przyjaźń, abym nie był sam - dałeś mi serce do kochania wszystkich braci.

Nie otrzymałem nic z tego, o co prosiłem. Otrzymałem jednak wszystko to czego oczekiwałem i potrzebowałem. Dzięki Ci, o PANIE!“

 

Najlepszą i najskuteczniejszą szkołą wdzięczności jest bez wątpienia Eucharystia - zresztą słowo to pochodzące z greki - oznacza właśnie „Dziękczynienie“. I tu jest pewien problem... Bo czy czasami nie jest tak, że brak wyczucia i poczucia wdzięczności, łączy się z tym, że uczestnictwo w liturgii eucharystycznej nie wygląda tak jak powinno. Przecież zdajemy sobie sprawę, jak wyglądają statystyki... A poza tym, jak bronić się przed rutyną, przed spowszednieniem, przed oschłością wobec tego Najświętszego Misterium, wobec tego Boskiego Pocałunku Wieczności w Czasie, wobec tego Wspaniałego Daru, który także zobowiązuje? Można więc choćby na swój własny użytek, puścić wodze fantazji i pójść za sugestią o. Tomasza Zamorskiego OP, by w sposób dowcipny i pomysłowy stworzyć parę ciekawych pomysłów na transparenty czy reklamowe napisy: „Niech żyją krótkie kazania i przystojni kaznodzieje“, albo: „Fałszującym organistom - mówimy: NIE!“, albo (to raczej z młodszej generacji): „Msza rockowa - odlotowa“. Obok nich powinny się też pojawić może trochę mniej efektowne, ale za to głębsze: „Dajcie żyć dewotkom“ lub „Pokochaj księdza proboszcza“... I niech to będzie jakby przeciwwaga wobec tych różnych zarzutów, które od czasu do czasu się pojawiają... Bo przecież kluczem do Eucharystii są także słowa: „błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą“. I serca zna właściwą drogę, jeśli nie zajmuje się sprawami mniejszymi niż Bóg... Nie tylko ciałem, ale i duchem mam uczestniczyć we Mszy św. Najwygodniej jest zwolnić się z wysiłku, z poszukiwania... Najłatwiej znaleźć „kozła ofiarnego“ (ksiądz, „stare baby“, organista, wystrój kościoła,...) - i oszukać samego siebie. Może się też, jak twierdzi o. Tomasz, pojawić matka nuda. Nudzą się na mszy ludzie o pełnych brzuchach, którzy pragną coraz to nowych, mocniejszych przeżyć, a tu - codzienność, od tylu lat ta sama Ewangelia, te same gesty, te same twarze... Ale tylko zgoda na „zwyczajność“ i „powszedniość“ tego spotkania zaprowadzi cię na „głębię“. Bóg, moi drodzy, nigdy nie nudzi!

 

Tak istotną sprawą jest, by się w mądry sposób ustrzec od tzw. „choroby pustych dzbanów“, która polega na tym, że to co zewnętrzne jest niby w porządku, fasada stoi (może być nawet bardzo kolorowa), ale wnętrze straszy pustką, tam nic nie ma, albo nawet cuchnie zgnilizną... Znamy takie powiedzenie (sprzeczne samo w sobie): „wierzący, ale nie-praktykujący“. Może się jednak pojawić inne niebezpieczeństwo, inne schorzenie - „jestem praktykujący, ale czy tak do końca wierzący“...? I to też jest „choroba pustych dzbanów“... Zresztą to niezwykle groźne schorzenie pojawia się nie tylko w obszarze wiary... „Takie pęknięcie może np. wystąpić w sferze miłości. Wyobraźmy sobie dwóch starych kumpli, po których przyjaźni zostały już tylko zgliszcza. Podają sobie ręce, prowadzą wysilone rozmowy, udają tęsknotę za sobą. Odgrywają przedstawienie, kłamią. Albo: dzieci i rodzice w jednym mieszkaniu. Po miłości ani śladu. Ale pozostał wyrażający ją (mający ją wyrażać!) rytuał: wspólne posiłki, wspólne pieniądze, wspólne wakacje, prezenty. Sytuacja nieprawdziwa i przez to nieznośna. Albo: małżonkowie. Miłość wypalona. Ale pozostało przyzwyczajenie do praktyk, które kamuflują jej śmierć: wspólny stół, wspólne łoże, wspólny dach. Nie miłujący, ale praktykujący...“ (ks. J. Szymik).

 Co robić wtedy, jeśli serce jest puste, jeśli praktyki pozostały, ale serce i rozum, etyka również - daleko są od Boga? Ktoś może powie: w imię prawdy należy zrezygnować z praktyk, a ja ci powiadam - NIE! Bądź Kopernikiem - powiedz: gdzie indziej należy szukać rozwiązania! Po prostu - z praktyk należy odbudować treść, pójść w głąb, nie rezygnować z wysiłku... To powinno się dokonywać poprzez: szczerą modlitwę, poprzez oczyszczanie serca, poprzez pogłębianie swej wiedzy,... I zgadzam się z ks. prof. Szymikiem, iż bardzo ostrożnym trzeba być z etykietkami: „ostrożnie z wyciąganiem palucha i surowym sądem: o, ta baba bywa codziennie w kościele, ale jej życie jest złe. Ostrożnie. Granica między wiarą i niewiarą (...) przechodzi przez serce człowieka. mam świadomość, że również przez serce piszącego te słowa“... Jeśli uda ci się uniknąć „choroby pustych dzbanów“, jeśli wygrasz swe życie, jeśli pokażesz innym jak ten „życiowy koncert“ należy zagrać - to nie tylko ty sam, ale i wielu innych ludzi będzie miało wspaniały powód do wdzięczności... Dzięki, o Panie, składamy dzięki, o wszechmogący nasz Królu w niebie!

 

Innymi czarodziejskimi słowami, które należą do chrześcijańskiego słownika, a które należy wyrwać z letargu, wydobyć ze stanu śpiączki, są: P R O S Z Ę  oraz   P R Z E P R A S Z A M.  Tak proste, a jakże potrzebne słowa... Gdybyśmy częściej robili z nich użytek... O ile by się nam wszystkim łatwiej żyło. Nie byłoby tylu konfliktów, nie byłoby tyle stresu, nie byłoby nawet tylu nerwic, nie byłoby tylu niepotrzebnych „kwasów“,.... Gdyby.... Ale tu nie o „gdybanie“ chodzi, ale o to, by umieć poprosić i przeprosić. Bym pamiętał jak bardzo jestem zależny od Stwórcy, ale też od innych ludzi; żebym pamiętał, że wcale nie jestem taki święty, i że trzeba (bo jest za co!) umieć szczerze przeprosić i Boga i ludzi. W tym kontekście chciałbym bardzo serdecznie zachęcić do skorzystania z sakramentu pokuty i pojednania. Polecam także gorąco możliwość uzyskania odpustu zupełnego, w związku z trwającym (do 6 stycznia 2001 r.) Rokiem Jubileuszowym.

 

Ostatnim słowem, na które chciałbym zwrócić uwagę jest słowo:  K O C H A M   C I Ę !

 Najpierw jednak krótki tekst Jacka Cygana (z płyty „Daru losu“ R. Rynkowskiego):

Powiedz mi,

dlaczego z naszych domów wieje chłód?

W dotyku klamek mieszka tylko lód?

A ludzi bliskich zamiast czułych słów

łączy tylko... ten sam klucz.

Powiedz mi,

dlaczego ojciec z synem obcy są?

Mijają się jak cienie, w oczach mają wosk?

A kiedyś tyle serca, tyle czułych słów,

dzisiaj tylko ten sam klucz.

Bo niebo jest w nas

zamknięte na klucz,

dziś otwórz je nam,

Panie mój.

Tu matka, a tam córka, zobacz, wspólny dom.

Dla obcych są tak miłe jak najczulsza dłoń,

dla siebie takie obce, żadnych czułych słów.

Co je łączy? Ten sam klucz.

Sycimy się miłością, która cudza jest.

Grzejemy się w jej blasku, w ogniach obcych świec,

a nam przez gardło w domu nie chcą przejść

zwykłe słowa: Kocham Cię!

No cóż nie będę ukrywał, że tę dzisiejszą naukę chciałbym zakończyć wielkim apelem, do wszystkich ludzi dobrej woli: mówcie sobie, że się kochacie. Mówcie to sobie jak najczęściej. To wcale nie jest ani naiwne, ani śmieszne, ani głupkowate... Lepiej mówić to za często, jak za rzadko... Mówmy tym wszystkim na których nam zależy, że ich po prostu kochamy! Niech to mówi mąż - żonie, żona - mężowi, dzieci - rodzicom, rodzice - dzieciom, niech mówią to sobie dziadkowie i babcie, niech mówią zakochani, ...

 

Jak pisze br. T. Ruciński: „Człowiek, który nie jest kochany lub nikt mu tego nie komunikuje - prędzej brzydnie, częściej choruje, częściej upada, nie rozwija się (...) Taki człowiek szybciej się starzeje, (...) a nawet sam sięga po samobójcze narzędzie... Dlaczego? Bo nie ma dla kogo pięknieć, starć się, rozwijać, zdobywać się na heroizm, wyrzeczenie (...).

Tak dziwi mężczyznę wciąż powtarzane nieśmiało pytanie kobiety: czy ty mnie kochasz? Przecież wiesz! - odpowiada mężczyzna i nie rozumie, że ona potrzebuje tych słów, wyznań, zapewnień, aby miała potężny bodziec dla chęci podobania się mężowi i sobie, dla tych wszystkich niewdzięcznych robót, posług i zabiegów, do których domownicy się tak przyzwyczaili, że nawet nie dziękują (sic!)...“ Dlatego mów jej, że ją kochasz, mów mu, że go kochasz, bo od tego bardzo wiele zależy! I niech to nie będą „czeki bez pokrycia“...

Nigdy o tym nie zapominajcie - bo powiedzieć komuś, że się go kocha, to powiedzieć mu: „TY NIGDY NIE UMRZESZ“ - i takie wyznanie miłości otrzymaliśmy od Boga w Jezusie - ON cię kocha, a ty Jego? On ci mówi: ty nigdy nie umrzesz. A czy ty chcesz tę propozycję przyjąć? ON ciebie kocha zawsze, a czy ty powtarzasz Mu często, że też Go kochasz. Nawet, jeśli nie zawsze było tak O.K - to jednak KOCHAM Cię, Panie...

 

Moi Drodzy, dziś rozważaliśmy kwestię konieczności odwagi bycia innym - jednym elementów tego arcyważnego zadania jest właśnie budzenie uśpionych, prostych, ale jakże pięknych i potrzebnych słów czy zwrotów. Jeśli ktoś ma ochotę (do czego bardzo zachęcam) bardziej przyjrzeć się problematyce słowa, to proszę zerknąć do ubiegłorocznych rozważań na stronie Polskiej Misji Katolickiej w Bonn autorstwa ks. Sławomira Murawki TChr - Rzecznika Prasowego Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej (KLIKNIJ TUTAJ)

 

Jest prawdą bezsporną, że aby dobrze mówić, trzeba najpierw zamilknąć, wyciszyć się, skupić się... Jest takie arabskie przysłowie, które mówi: że otrzymaliśmy w darze dwoje uszu, ale tylko jedne usta. Powinniśmy więc dwa razy więcej słuchać niż mówić! Oj, gdyby to się udało spełnić... Dlatego tak ważną rolę odgrywa w naszym życiu duchowym modlitwa. Jest to nierozerwalnie związane z kwestią, którą przed laty w jednym z utworów poruszała Edyta Geppert - „czy mam być czy „bywać“? Jest to tak kluczowe zagadnienie, że wraz z kard. Meisnerem możemy powiedzieć: ORO ERGO SUM - „modlę się, więc jestem!“

Cisza, medytacja, modlitwa, skupienie, otwarcie na Ducha,... To jest możliwe, ba - to jest konieczne! I mamy konkretne przykłady na to. Znamy konkretnych ludzi (a ilu jest takich nam nie znanych?), którzy potrafili ten postulat wprowadzić w czyn. Maryja (Matka Pięknej Miłości), św. Józef (Faber lignarius), ....i tylu, tylu innych!

 

Kiedyś funkcjonowało takie słynne powiedzenie Martina L. Kinga - I have a dream! Miał sen, że w społeczeństwie amerykańskim nie było już podziału na czarnych i białych... Ten sen stał się rzeczywistością.

I ja też - I had a dream -„miałem sen“, że:

-byłem choć trochę podobny do mego patrona - św. Jacka Odrowąża. Do tego „Jacka z kamienia“ (nie tylko z Kamienia Śląskiego, ale i w sensie przenośnym...), którego życie było przesiąknięte duchem Eucharystii, który był wielkim czcicielem Matki Bożej, który poznał trud misyjnych dróg...

-byłem choć trochę podobny do św. Tomasza More - „faceta od wszystkiego“, który miał swoje zdanie i umiał je jasno przedstawić, i w żadnych okolicznościach (nawet na stopniach szafotu) nie tracił pogody ducha...

-byłem choć trochę podobny do bł. Piotra Frassati’ego - „który chadzał na wycieczki w mieszanym towarzystwie, kochał się w dziewczynie, palił cygara. Ale to on ukazał światu, że można być świętym roześmianym, lubiącym góry, służącym ludziom... Jego wielkość nie polegała na cudach, nadzwyczajności czy mądrości, ale na najzwyklejszym życiu, które do najgłębszych tkanek zostało przesiąknięte Bogiem“; który był dosłownie człowiekiem 8 Błogosławieństw...

I had a dream... Może to tylko sen, ale Bóg może sprawić, że ten sen stanie się rzeczywistością... Dlatego nie bój się marzyć, sięgaj tam, gdzie wzrok nie sięga, bądź Kopernikiem - nie daj się stłamsić. Do odważnych świat należy! I pamiętaj: masz poparcie od samego Najwyższego Szefa. I ciesz się z tego, nie tylko w tę dzisiejszą niedzielę, która jest w liturgii Kościoła nazywana „niedzielą radości“ - ale ciesz się tym zawsze... 

 

 

Ks. Jacek Staniek SChr.
e-mail: staniek@hotmail.com


Copyright  (c)  1999-2000  Polska Misja Katolicka AmsterdamList do PMK Amsterdam
Ostatnia modyfikacja:  28-01-2010