Polska_Misja_Katolicka.gif (3325 bytes)

Msze sw. w jez. polskim w Holandii Katechizacja Ogloszenia i informacje Intencje modlitewne Ksiega Gosci
O PMK Amsterdam Szkola PMK Amsterdam Z historii naszej Misji Strony, na ktore warto zajrzec Jubileusz 2000 w Internecie
Co nowego? Katechezy biblijne dla doroslych Nasza mala czytelnia Kronika naszej Misji Polscy duszpasterze w Holandii

Internetowe Rekolekcje Adwentowe *2000
"Samowar księdza Jacka"
 

 REDDOT.GIF (327 bytes)  (Prawie) wszystko zawdzięczam kobietom, czyli:  LET  IT  BE
(IV niedziela Adwentu)

 

Wieniec adwentowyPrzed kilku laty na ekranach kin mogliśmy podziwiać film zatytułowany „Książę przypływów“ z Nickiem Nolte w roli głównej. Jeśli dobrze pamiętam, to reklama tego filmu zawierała słowa wypowiadane przez odtwórcę głównej postaci, a stanowiące kwintesencję całego przedsięwzięcia: „w swym życiu wszystkiego nauczyłem się od kobiet i wszystko im zawdzięczam“....

Słowa te odczytane w kontekście dzisiejszej Ewangelii nabierają jakiegoś szczególnego znaczenia. Nie możemy przecież ukryć, iż w pewnym sensie, głównymi bohaterkami dnia dzisiejszego są dwie kobiety - tak bardzo różne a jednocześnie tak bardzo do siebie podobne... Maryja i Elżbieta... Młoda dziewczyna z Nazaretu i podeszła już w latach żona Zachariasza, których dom znajdował się na terenie dzisiejszego Ain-Karim. Martin Buber powiedział kiedyś, że „prawdziwe życie - to SPOTKANIE“. Myślę, że w sposób wyjątkowy te słowa sprawdzają się w dzisiejszym fragmencie Ewangelii św. Łukasza. Spotkanie Matki Mesjasza i matki Proroka; Matki Jezusa i matki Jana, Matki Zbawiciela i matki „Głosu wołającego na pustyni“... Spotkanie pełne wzruszenia, radości, wiary i entuzjazmu, a jednocześnie zadziwienia nad Bożymi Tajemnicami, nad tajemnicą życia, nad tajemnicą zaufania, nad tajemnicą szczęścia... Wraz z Tadeuszem Żychiewiczem „wolno mniemać, że Maryja idąc - może i układała sobie roztropnie i najprościej: co powie. Wszystko jednak ułożyło się inaczej. Nic nie musiała mówić i niczego nie musiała tłumaczyć. Kiedy bowiem stanęła w drzwiach domostwa tych ludzi i ledwie zdążyła wmówić pozdrowienie - na Elżbietę przyszła taka wielka godzina, kiedy człowiek mówi słowa nie swoje, a jednocześnie najbardziej własne. Bardziej prawdziwe, niż własne życie. Kiedy człowiek wypowiada coś, czego przenigdy nie mógłby wymyślić sam; a jednak wypowiada swoje przekonanie i własną wiarę. Skądże mi to, że przyszła Matka Pan mego do mnie?

A potem był najwspanialszy hymn wdzięczności: Magnificat - wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, Zbawicielu moim!

 

Przyjrzyjmy się, w tę ostatnią niedzielę Adwentu, postaci najlepszej Matki, najpiękniejszej Dziewicy, naszej Królowej - MARYI...

Jestem przekonany, że nie jest rzeczą zbyt powszechnie znaną, iż ostatni wielki przebój w historii zespołu The Beatles, czyli „Let it be“ - jest piosenką głęboko religijną, mówiącą w sposób niezwykle czuły o Matce Najświętszej. Oto fragment tekstu:

 

When I find myself in times of trouble,

Mother Mary comes to me,

speaking words of wisdom: Let it be.

And in my hour of darkness

she is standing right in front of me,

speaking words of wisdom: Let it be. Let it be.

 

A po polsku będzie to mniej więcej tak:

Gdy problemy mnie przygniatają, Ty o Maryjo przychodzisz do mnie,

i mówisz słowa pełne mądrości: niech się tak stanie!

I gdy nadejdzie godzina ciemności, Ona natychmiast przy mnie jest, 

i wypowiada słowa pełne mądrości: niech się tak stanie!

 

Możemy wyobrazić sobie taką sytuację, że gdyby Maryja mówiła po angielsku, to Jej słowa wypowiedziane przy Zwiastowaniu, brzmiałyby właśnie: LET  IT  BE, czyli: niech tak będzie, niech się tak stanie. I jest to pewien pomysł na nasze chrześcijańskie życie: iść z Maryją przez to życie - co możnaby ująć w piękną formułę teologiczną:

 z Maryją, przez Jezusa Chrystusa, w Duchu Świętym, ku chwale Boga Ojca.

 

Wydaje mi się, że gdyby każdy mężczyzna dobrze się zastanowił nad rolą kobiet w jego życiu, to musiałby, przynajmniej w pewnym stopniu, stwierdzić, że bardzo wiele zawdzięcza właśnie kobietom. Począwszy od własnej matki, która jest osobą jedyną i wyjątkową, która zawsze nas najlepiej zrozumie. Taj jak pisał o. Marek Sokołowski SJ: „Kiedyś sprawy były prostsze. Przychodziłem do mamy podrapany, posiniaczony, rozżalony, rozbeczany. Trzeba było tylko wgramolić się na jej kolana i wtulić głowę, i słuchać, jak bije jej serce. (...) Było dobrze, tak że aż sen przychodził. Potem był czas, gdy jakby denerwowała jej dobroć. Nie mogłem znosić jej milczenia i smutnego wzroku, gdy coś zbroiłem. Niechby zrobiła awanturę, niechby nakrzyczała, a ona tylko smutna i milcząca. Nadszedł czas wyjścia w świat. Z wielkimi planami i nadziejami, z wiarą w ludzi, z pragnieniem rzucenia wszystkiego za sprawę, by dać się innym. Nieczęsto odwiedzałem matkę. Czasami tylko. Długie lata studiów, praca. Wpadałem na krótko, kiedy ruszałem dłużej za wielką wodę i za góry. Odwiedzałem ją, kiedy życie ogołociło mnie z planów szczytnych i wzniosłych, ludzie ponadgryzali moje do nich zaufanie (...) Wracałem do niej jak wtedy - w dzieciństwie - rozżalony. W pokoju było cicho, czyściutko, jak dawniej. Matka wśród tych samych mebli, krząta się ucieszona, że przyjechałem.

-Może się herbaty napijesz, coś chyba zjesz? - pyta.

Oczywiście, napiję się i zjem, bo da mi to okazję do zatrzymania się na dłużej. Ona nie wie, może nigdy nie będzie wiedzieć, jak mi potrzeba było tego powrotu.

Podejdzie później i pocałuje moją głowę, nie wiedząc, jak bardzo na to czekałem. Czułem, jak odpływa moja złość, rozgoryczenie, jak biorę w siebie światło i jej dobroć. (...) Wracają echem pytania. Jak być dobrym człowiekiem, dobrym księdzem? Jak być takim samym jak inni, a nieść w sobie dar odprawiania Mszy św., udzielania sakramentów, głoszenia Dobrej Nowiny? Jak być takim samym, chodzić takimi samymi drogami, a iść nad kurzem obojętności, nad bagnem grzechu, być wrażliwym na każdy płacz, krzyk trwogi, wołanie o pomoc? Mieć odwagę, by wynieść w górę każde dobro, prawdę, piękno, by potępić każdą krzywdę, niesprawiedliwość. Jak być takim samym i troszczyć się o ludzi ich troskami, martwić ich zmartwieniami (...), a jednocześnie budzić się po nocach przerażony tym, że za mało mam mądrości, że nie dostaje mi wielkości, że brakuje miłości. Drżeć wobec swojej odpowiedzialności za ludzi, których zgorszyłem. Stawać twarzą w twarz z własną bylejakością. (...) Przecież to moja mama uczyła mnie o Bogu, uczyła kochać ludzi i przed ludźmi klękać.“

 

Powiedzmy sobie szczerze: przemijają nasze przyjaźnie, nasze znajomości, nasze romanse - a więź z rodzicami: pozostaje na zawsze!

W życiu każdego człowieka, bez względu na płeć, najważniejszą rolę odgrywa: miłość. Ale ponieważ dziś zajmujemy się żeńską połową ludzkości, dlatego posłuchajmy, co w swej książce „Piąta góra“ pisze Paulo Coelho:

„-Co to znaczy? - zapytał Eliasz.

-To słowo miłość.

Eliasz trzymał tabliczkę w dłoniach, ale brakło mu odwagi, by zapytać, dlaczego mu ją wręczyła. Kilka znaków na tym kawałku gliny kryło w sobie powód, dla którego świecą gwiazdy na niebie, a ludzie przemierzają ziemię wzdłuż i wszerz. Uczynił gest, jakby chciał jej oddać tabliczkę, lecz odmówiła.

-Napisałam to dla ciebie. Wiem jaki jesteś odpowiedzialny. (...) To słowo, które trzymasz w dłoniach, to tajemne słowo. I nikt nie jest w stanie zrozumieć, co ono budzi w sercu kobiety - nawet prorocy, którzy rozmawiają z Bogiem.

-Znam dobrze to słowo - odparł Eliasz, chowając tabliczkę pod okryciem. -Walczyłem z nim we dnie i w nocy, bo choć nie wiem, co ono budzi w sercu kobiety, wiem co czyni z mężczyzną. Mam w sobie dość odwagi, by stawić czoła królowi Izraela, sydońskiej księżniczce, Radzei Akbaru, lecz to jedno słowo - miłość - napawa mnie wszechogarniającym lękiem. Zanim jeszcze je wyryłaś na tabliczce, twoje oczy wypisały je w moim sercu.“

 

A wszystko zaczyna się często tak jak w piosence Ryszarda Rynkowskiego:

Tak niewiele trzeba nam:

dwoje ludzi, serca dwa i...

przestaje istnieć świat,

a dłonie tak tęsknią.

Blisko twarzy druga twarz,

jakiś blask nieziemski trwa

i z zupełnie zwykłych spraw

robi się...święto.

A te serca - białe kartki dwie, 

całkiem białe jak śnieg.

Sympatycznym atramentem pachną.

Jakiś spacer w strugach dnia

i z rękawa fiołki dwa, 

nieporadny, czuły gest

i cisza pomięta.

Na serwetce jakiś wiersz,

zapach, co odurza cię

i z niczego robi się...

święto, święto.

Żadnych parad ani wielkich słów (...)

Mała wyspa dla małych ludzi,

dla nas... święto, święto.

Tak niewiele trzeba nam:

dwoje ludzi, serca dwa i...

przestaje istnieć świat,

robi się... ś w i ę t o.

 

A jak można pomóc takiej „raczkującej“ miłości? Pewnie tak jak w Kanie Galilejskiej - zapraszając Boga do swego grona. Czy jednak znajdzie się dość „miejsca“, gdy ludzie tak ściśle do siebie przywierają? Niestety, bardzo szybko odkrywa się, że nie starcza im miłości, aby nadawać wciąż nowy smak, koloryt, wartość tej całej prozie życia, która potrafi pokryć kurzem czerwony połysk serc.

Trzeba wtedy Kogoś, kto zaproszony w tę miłość będzie ją na nowo rozpalał. Trzeba Cudotwórcy tam, gdzie ludzkie wysiłki zawodzą. We wszystkim trzeba zostawić miejsce dla Pana Boga, a zwłaszcza w miłości, która nazbyt często chce się bez Niego obejść, i dlatego kończy się jak wino na weselu, które ledwie się rozpoczęło, a już się musi kończyć. Ktoś powiedział, że czasami poszczególne etapy życia małżeńskiego podobne są do duchowości niektórych zakonów. I tak na początku małżeństwo może być podobne do zakonu franciszkańskiego: radosne, entuzjastyczne, optymistycznie nastawione do wszystkiego. Potem przychodzi coś z reguły dominikańskiej, która m. in. dotyczy kaznodziejstwa - bo wtedy mąż i żona prawią sobie nawzajem długie kazania. I wreszcie trzeci etap, czyli zakon kamedułów, w którym prawie non-stop panuje milczenie... Anegdota? Czy coś z tego by było?

 

 Tylko Bóg może uratować ludzką miłość. Bez Niego nic się nie uda - a z Nim: wszystko jest możliwe!

Dziś mówi się bardzo dużo, i słusznie, o kryzysie rodziny. I wiele z negatywnych zjawisk, z którymi stykamy się na co dzień, rodzi się właśnie na skutek „słabości“ rodzin. Stąd też prosty wniosek: uzdrowienie sytuacji musi przyjść przez odnowę rodzin! A w tej „szczególnej rewolucji“ specjalne zadania przypadają kobietom.

Gdy mówimy o rodzinie to myślimy o matce i żonie. Jeśli ktoś - tak dla równowagi - chce poczytać o ojcostwie, to zapraszamy do jednego z rozważań rekolekcyjnych z roku 1998 (KLIKNIJ TUTAJ). Ale dziś przyjrzyjmy się „mamie na medal“ - bo takie właśnie mamy są obecnie (zawsze zresztą!) konieczne potrzebne. W tych rozważaniach posłużymy się refleksjami wybitnego znawcy tematu ks. Pino Pellegrino („Mali dzisiaj, dorośli jutro“). 

Dal każdego dziecka mama jest wszystkim. Jest ona jak cyfra „jeden“ - postawiona na początku jakiegokolwiek innego numeru, nada mu pewną wartość, nawet gdyby po niej następowały same zera.... Ale bądźmy realistami: nie wszystkie mamy wywiązują się ze swych zadań należycie, i to rodzi przeróżne negatywne zjawiska. Zacznijmy więc od przedstawienia kilku negatywnych sposobów realizowania macierzyństwa.

Mama kangur - to rodzaj mamy, która pragnęłaby nieustannie trzymać swoje dziecko w worku, by nie stało mu się nic złego. Zadusza je swą nadmierną troskliwością: „och, uważaj, bo się przewrócisz - a nie mówiłam!“, „załóż czapkę i szalik“, „ nie jest ci zimno - a może za gorąco?“. Wtedy z dziecka można zrobić życiowego „kalekę“.

Mama winda - to mama, która nazbyt często zmienia humor. Dziś jest pełna euforii, jutro wpadnie w depresję; przed 5 minutami spokojna; teraz - straszliwie zdenerwowana; przed chwilą dała buzi, a już po chwili - klapsa. I tak dzieci będą ciągle wystraszone, niepewne i zdenerwowane.

Mama wyścigowa - to mama, która chce, za wszelką cenę, by jej pociecha prześcignęła inne dzieci we wszystkich dziedzinach. W wieku 3 lat - musi umieć czytać, w wieku - 4 lat - zaczyna grać na fortepianie, w wieku - 5 lat - uczęszcza na kurs tańca towarzyskiego, w wieku 6 lat - na pływalnię...

Mama nieszczęście - bardzo często spotykany przypadek: przerażenie tysiącem pseudo-problemów. Czy dzieciak jest na pewno zdrowy? Czy to co je, jest najodpowiedniejsze. Długo nie mówi - może jest niedorozwinięte? Nie stawia pytań - może źle mu pójdzie w szkole? I po co sobie tak komplikować życie?

Mama maślana - to mama, która serce ma „z masła i śmietany“, i dlatego jest nad wyraz pobłażliwa - zgodnie z zasadą: „moje dziecko nie może mieć tak ciężkiego życia , jak ja“. Robi więc wszystko za nie: wszystko przygotuje, nie pozwoli na żaden wysiłek, wszystko załatwi i posprząta. W ten sposób można kogoś „zagłaskać na śmierć“. To jest karykatura miłości... i wielka krzywda wyrządzona dziecku.

 

Ale dość z tymi negatywnymi przykładami... Jakimi więc cechami powinna odznaczać się mama wzorowa? Moi drodzy, udana mama, to:

-mama „elastyczna“, czyli potrafiąca czasami zrezygnować ze swych żelaznych reguł. Potrafi być oszczędna, ale od czasu do czasu namówi męża do pójścia całą rodziną do restauracji. Ma cały dzień coś do roboty, ale potrafi też w pewnym momencie przerwać pracę i znaleźć chwilę czasu na relaks i rozrywkę (gazeta, muzyka, film, sport).

-mama szczodra, czyli znajdująca czas na pieszczoty, czułość, spojrzenia, uwagę, delikatność. Mama taka zawsze znajdzie czas, by z dzieckiem się pobawić lub poważnie porozmawiać. Dla niej nigdy nie jest na coś takiego za wcześnie, lub za późno...

-mama inteligentna, albo raczej: mądra. Potrafi ona odróżnić sprawy istotne od bzdur. Wie, że nie może dopuścić do sytuacji, w której w domu będzie przybywało rzeczy, a ubywało miłości; że nie można zajmować się jedynie sprzątaniem i najnowszymi katalogami, a nie znajdować czasu na dopilnowanie zadań domowych czy wspólny spacer. Mądra mama wie doskonale, że jej dzieci, to nie tylko przewód pokarmowy... Dobra matka poleca wreszcie swoje potomstwo Bogu - dla jego dobra. Dobra mama modli się więcej za rodzinę niż za samą siebie.

-dobra żona, bo „mama na medal“ to jednocześnie udana żona i pełnowartościowa kobieta. Musi więc dbać o siebie, by ciągle podobać się mężowi; ona wie, że dla szczęścia małżeńskiego nie powinna zaniedbywać życia seksualnego; nie poświęca się wyłącznie dziecku, ale potrafi znaleźć czas dla swego męża. To ona tak „dyryguje“ całością, że i ojciec uczestniczy aktywnie w procesie wychowania. Nie starszy więc dzieci ojcem, mówiąc im, kiedy narozrabiały: „zobaczycie, niech tylko wróci tata!“, bo wie, że w ten sposób czyni z męża jedynie tresera i pogromcę oraz domowego tyrana. Matka musi zrobić po prostu wszystko, aby współgrać ze swym mężem. Wtedy dzieci poczują się bezpieczne, szczęśliwe i pewne. Jestem przekonany, iż największą nagrodą dla rodziców były by słowa wypowiedziane przez pewnego chłopca: „kochana mamo, zrobiłaś wspaniale, że poślubiłaś tatusia, a ty tato tak samo, że ożeniłeś się z mamą: nie zamieniłbym was nigdy na nikogo na świecie!“

 

No właśnie, ale czym kierują się kobiety szukając odpowiedniego kandydata na męża. Bo jest rzeczą powszechnie wiadomą, że inaczej patrzą na świat mężczyźni, a inaczej kobiety. Jest to normalne i zrozumiałe. Jak donoszą „dobrze poinformowane źródła“ (jest to pewna wskazówka dla mężczyzn) dla kobiet najistotniejsze jest, by ów „wymarzony“ był: człowiekiem wiernym i stałym, na którym w każdej sytuacji można polegać; powinien być interesujący i - w pozytywnym tego słowa znaczeniu - „zaskakujący“; poza tym liczą się takie cechy jak: zaradność, opiekuńczość, zrozumienie „drugiej strony“, zdolność do ciągłego odświeżania relacji, pamięć (urodziny, imieniny, rocznice), subtelność, towarzyskość, inteligentne poczucie humoru, umiejętność prowadzenia dialogu, wysoka kultura osobista, stanowczość, optymistyczne spojrzenie na świat oraz rozwinięty „zmysł rodzinny“. Ale nade wszystko musi: kochać...

W tym momencie chciałbym zacytować Ewę Lewanadowską, która napisała: „po raz pierwszy poczułam się kobietą, gdy dystyngowany staruszek z uśmiechem ustąpił mi miejsc w autobusie. Miałam wtedy zaledwie 21 lat. Bardzo cieszę się z tego powodu, że jestem kobietą. I nikt mi nie uwierzy, że przekonanie to zawdzięczam mężczyznom.“

 

Matki tak naprawdę nie przestają kochać. Kochają przez wszystkie dni roku, choć nikt im za to nie płaci, choć nikt ich nie pochwali. Pracują cały dzień i nie buntują się nawet wtedy, gdy muszą wstawać w nocy. Matki nie przestają kochać. Ta właśnie miłość stanowi o wielkości, godności i sile. Macierzyństwo to dziedzictwo, którego nie można zmarnować, jak pisze Pellegrino.

Tak więc wszystkim matkom świata, pragniemy powiedzieć: „Dzięki Wam za to, że jesteście!!!“

Ale ta dzisiejsza konferencja nie jest tylko ukłonem w stronę matek, lecz wszystkich kobiet: staruszek, wdów, dziewcząt, kobiet dojrzałych; mężatek i niezamężnych. Tak wiele wam zawdzięcza świat - bądźcie sobą! Miłość czyni was pięknymi.

W szczególny sposób chciałbym wspomnieć też dziewczyny, kobiety, które zostały obdarowane powołaniem do życia zakonnego, które zakochały się w Jezusie, by ciągle odsłaniały przed światem, co w tym życiu liczy się naprawdę. Chciałbym też zwrócić uwagę na jeszcze jedno powołanie - niestety często niedoceniane, a może nawet ośmieszane - powołanie do życia w samotności. Jak wiele jest kobiet, które poświęciły się takim czy innym zadaniom, które nie założyły własnej rodziny, a którym Kościół, społeczeństwo, cywilizacja, tak wiele zawdzięcza. 

Panowie! Szanujmy kobiety. Dziś przed wami wszystkimi, drogie Panie, ściągam czapkę i kłaniam się najniżej jak tylko potrafię, bo tak wiele wam zawdzięczamy... Na dalszą drogę życia daję wam w prezencie poniższy tekst (do przemyślenia - w końcu są to rekolekcje...):

 

Podobne jest królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał i kupił ją. (Mt 13, 45-46).

„Codziennie czegoś potrzebujesz, czegoś z ubrania, czegoś na stół, czegoś na prezent, czegoś dla dzieci, czegoś na wakacje, czegoś dla siebie.

Codzienne czegoś poszukujesz, może przyjaciela, może miłości, może ludzi życzliwych.

Poszukujesz rzeczy wielkich i małych, koniecznych i zbędnych. Twoje życie składa się z poszukiwań.

Czemu podporządkowujesz swoje wysiłki, zaharowanie, zabieganie?

Co obraca twój kołowrotek?

Czy masz w swoim życiu perłę, za którą byłbyś gotów, jak tamten kupiec, oddać wszystko?

Dla mnie, a może i dla ciebie, sam Chrystus jest skarbem ukrytym w roli codziennych dni,

perłą kupioną już w pierwszym pragnieniu wiary.

Ty, zabłąkany wśród dni, jak w gęstym lesie, 

kiedy dzisiaj wychodzisz na ich skraj,

czy podnosisz ku Bogu krzyk dłoni pustych, 

czy ciszę dłoni, na których leży jedna, wielka, piękna perła?

Nie oszukuj się.

Jeśli nie ma Go w twoim sercu,

jeśli nie pragniesz Go jak ochłody w upalny dzień,

jeśli nie zasiadasz z Nim często do Wieczerzy,

Jezus nie jest twoim skarbem,

nie masz perły.

Masz tylko krzyk dłoni pustych.“  (ks. W. Al. Niewęgłowski)

 

Maryjo, której spośród kobiet zawdzięczam najwięcej, Matko Pięknej Miłości, pomóż nam nieustannie żyć w przyjaźni z Twym Synem, a naszym Panem i Bratem - Jezusem Chrystusem. Nie ma cenniejszej perły niż ON, i niech zawsze dzieje się Jego wola - let it be...

   

Ks. Jacek Staniek SChr.
e-mail: staniek@hotmail.com


Copyright  (c)  1999-2000  Polska Misja Katolicka AmsterdamList do PMK Amsterdam
Ostatnia modyfikacja:  01-04-2001