Polska_Misja_Katolicka.gif (3325 bytes)

Msze sw. w jez. polskim w Holandii Katechizacja Ogloszenia i informacje Intencje modlitewne Ksiega Gosci
O PMK Amsterdam Szkola PMK Amsterdam Z historii naszej Misji Strony, na ktore warto zajrzec Jubileusz 2000 w Internecie
Co nowego? Katechezy biblijne dla doroslych Nasza mala czytelnia Kronika naszej Misji Polscy duszpasterze w Holandii

Internetowe Rekolekcje Adwentowe *2001

QUO VADIS, HOMO?
"Kafejka przy Via Appia"

 

REDDOT.GIF (327 bytes) PER  ASPERA  AD  ASTRA, czyli: … reszta jest milczeniem...
(I niedziela Adwentu)

 

Wieniec adwentowyI oto mamy już I niedzielę Adwentu, rozpoczynamy, w duchu tęsknoty, nadziei i radości czas oczekiwania na przyjście Zbawiciela. Rozpoczyna się jakby wiosna roku kościelnego.... A wiemy co wiąże się z tą cudowną porą roku: wszystko budzi się do życia, rozkwita, rośnie, pięknieje... Niech i tak dzieje się z nami w tych nadchodzących tygodniach: byśmy się wreszcie obudzili, byśmy zaczęli naprawdę żyć, by rozkwitały w nas boskie ogrody wiary, nadziei i miłości, byśmy wzrastali w świętości – nie jakiejś teoretycznej, ale praktycznej, byśmy zawsze byli piękni pięknem przyjaciół Najwyższego...

Ks. Pasierb pisał kiedyś:
„Adwent to świt. Adwent to daleki, tłumny fryz pełen postaci i zdarzeń, nieczytelny i pozbawiony sensu, gdyby w Betlejem za panowania cesarza Augusta w Rzymie i różnych tetrarchów w Palestynie, nie narodziło się dziecko, któremu nadano imię Jezus, a którego matką była Maryja.”

Nasze życie jest jak Adwent... Edyta Geppert śpiewała przed laty: „jeśli życie jest czekaniem będę czekać...”. Nasze życie – to ciągłe czekanie, ale nastąpi też spełnienie, i dlatego z jakimś wewnętrznym spokojem wchodzimy w ten budzący się „świt”... Niech nas okryje rosa łaski Pana, byśmy ten rekolekcyjny czas przeżyli jak najumiejętniej, jak najrozsądniej, a przy tym w sposób szalony, odważny i konsekwentny. Życie nasze to Adwent: tłumny fryz pełen wydarzeń i osób. Wyraźny, sensowny i wartościowy, bo... Jezus!

W dzisiejszą niedzielę słyszymy wyraźne wezwanie do czuwania, do trwania w nieustannej gotowości, bo Pan przyjdzie – przyjdzie na pewno. Nie wiemy co prawda kiedy, ale przyjdzie z pewnością. Nie jest rzeczą łatwą zachowanie czujności. Tak wiele rzeczy, zdarzeń, czasami osób, może nam w tym przeszkodzić... Oczywiście stanie się tak wtedy, gdy na to pozwolimy. Bo decyzja należy zawsze do nas... 

Chciałbym, abyśmy dzisiaj przyjrzeli się pewnej rzeczywistości, która przynależy (czasami w sposób bardzo dramatyczny i bolesny) do naszej egzystencji, o której rzadko się mówi (bo czasem i słów brakuje), o której strasznie trudno pisać, a którą na pewno najtrudniej jest przyjąć, zaakceptować i „znosić” we własnym życiu. Tą rzeczywistością jest 

C I E R P I E N I E.

W „Słowniku teologicznym” czytamy: „cierpienie jest to reakcja psychiki na zło fizyczne, psychiczne i moralne. Odczuwanie cierpienia (przykrości, bólu, smutku, napięcia, itp.) wynika z tej samej wrażliwości na bodźce zewnętrzne i wewnętrzne, z jakiej wynika radość i szczęście w sytuacjach pozytywnych. Toteż im większa wrażliwość, tym większa zdolność do przeżywania szczęścia i cierpienia. Z punktu widzenia przyrodniczego cierpienie jest sygnałem obronnym mobilizującym organizm do obrony wobec zagrożenia, tak zewnętrznego, jak i wewnętrznego, jego rozwoju i życia. Spełnia więc pozytywną rolę w granicach, w jakich wyzwala akcję organizmu zmierzającą do usunięcia źródła cierpienia i przywrócenia równowagi. Z punktu widzenia teologii chrześcijańskiej cierpienie jest częścią historii zbawienia. Jako reakcja na zło jest ono wynikiem zaistnienia grzechu wprowadzającego w życie ludzkie zło moralne, a w konsekwencji także zło moralne i śmierć. Stary Testament wiele miejsca poświęca cierpieniu. Można przy tym obserwować rozwój w ujmowaniu tego zjawiska: od traktowania wszelkiej niedoli jako kary za grzech do uznania cierpień i nieszczęść człowieka dobrego za nierozwiązywalną tajemnicę. W obliczu cierpienia pozostaje człowiekowi tylko zaufanie Bogu (Księga Hioba). Jezus Chrystus nie przyniósł rozwiązania tajemnicy cierpienia, ale zmienił zasadniczy stosunek do niego. (...) Męka i śmierć Jezusa Chrystusa ukazuje nowy wymiar cierpienia jako działania zbawiającego świat. (...) Wypowiedź Jana Pawła II w książce „Przekroczyć próg nadziei” ukazuje cierpienie Jezusa Chrystusa jako wejście Boga w los cierpiących ludzi, usprawiedliwiające Boga przed zarzutem, iż na cierpienie zezwala mimo swej wszechmocy i miłości. Cierpienie jest tu ukazane jako konsekwencja daru wolności, za którą Bóg wziął odpowiedzialność w krzyżu Chrystusa (S. Grabska).”

Czytałem kiedyś, jak to arcybiskup Paryża kard. Marty, gasnącym głosem, na krótko przed swą śmiercią wyszeptał parę razy pod rząd: „nie mówcie za dużo o cierpieniu”. Po dziś dzień duchowni francuscy wspominają te słowa z jakąś zadumą i bardzo poważnie...

„Nie mówcie za dużo o cierpieniu”... Dlatego też chyba żadna inna nauka nie przyjdzie mi tak trudno, jak dzisiejsza.... Zresztą: jaka nauka??? Chodzi o to, by „przycupnąć” delikatnie przy tej dramatycznej rzeczywistości i w świetle Bożego światła spróbować tej tajemnicy dotknąć, bo przecież jak czytamy w „Salvifici doloris”: „cierpienie ludzkie budzi współczucie, budzi także szacunek – i na swój sposób onieśmiela”. Zgadzam się więc w pełni z ks. prof. Szymikiem, który twierdzi, iż człowiek jest w swym cierpieniu nietykalną tajemnicą. Jednocześnie jednak jest coś, co prowokuje nas do tego, by owo onieśmielenie próbować przezwyciężyć. Tym „czymś” jest nasza wiara, bez której wszystko traci sens, a z którą wszystko sensu nabiera... By zgłębić tajemnicę cierpienia potrzeba „nieziemskiej odwagi”, a tą może nam podarować jedynie KRZYŻ. Papież mówi, że „w głębi każdego z osobna cierpienia doświadczanego przez człowieka, a zarazem u podstaw całego świata cierpień, nieodzownie pojawia się pytanie: dlaczego?” To pytanie pojawia się od początku historii ludzkości, to jest też jakiś wyznacznik naszego człowieczeństwa – pytanie: dlaczego?

To samo pytanie zadaje znany nam z literatury (lub filmu) Dzwonnik z Notré-Dame, czyli Quasimodo na chwilę przed śmiercią... Ostatnie pytanie jego, jakże przepojonego bólem, ale i miłością i wiernością życia: dlaczego? Człowiek pytanie to stawia przede wszystkim Panu Bogu. I wiemy dobrze, że to pytanie prowadzi do przeróżnych ludzkich zachowań: do załamań, do konfliktów wewnętrznych, a nawet do negacji Boga... Ale tak postawione pytanie może też prowadzić do heroicznej wiary, do ogromnego zawierzenia, do pokonania samego siebie, do wyraźnego „skoku wzwyż” na ścieżce duchowego rozwoju.

W chrześcijaństwie istniała zawsze pokusa, by cierpienie gloryfikować, by uczynić z niego, w sposób płytki i nieodpowiedzialny jakiś środek do celu, by je banalnie tłumaczyć... Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że cierpienie dla samego cierpienia nie ma z naszą religią nic wspólnego. Świadome zadawanie sobie bólu, szukanie cierpienia za wszelką cenę jest zwykłym masochizmem, czyli zboczeniem, i jako taki zasługuje na to by z nim walczyć! W tej swojej bezradności wobec cierpienia człowiek pragnął jednak znaleźć jakąś zadowalającą odpowiedź – i tak przyjaciele Hioba mówią: „zgrzeszyłeś – teraz cierpisz słuszną karę”, Leibnitz powiada: „to i tak najlepszy z możliwych światów, dewocyjni cynicy mówią natomiast: „za mało w tobie zaufania do Boga”... Płytkość tych odpowiedzi rodzi się albo z fałszywego obrazu Boga, albo z faktu, że wypowiadający te słowa nie przeżywa akurat bólu, „który duszę od ciała oddziela”! A prawdziwą, jedyną , milczącą i ostateczną odpowiedź daje nam Bóg w Jezusie Chrystusie, we Wcielonym Słowie. Pan Jezus nie mówi o tym wprost, w oderwaniu od rzeczywistości jakąś superracjonalną teorią nie do zbicia. Nie daje odpowiedzi swym nauczaniem, ale swym cierpieniem. Nie tłumaczy cierpienia, ale je przezwycięża. Schodzi w najgłębszą przepaść i bierze cierpienie na siebie. Ta odpowiedź Pana Boga jest jednocześnie wezwaniem do tego, by cierpiący człowiek zjednoczył się w swym bólu z Ukrzyżowanym, by włączył się w ofiarę Krzyża. Ten Krzyż – znak zbawienia, znak nadziei, znak tryumfu życia nad śmiercią, nie może być jednak wykorzystywany jako środek taniej pociechy dla biednych, chorych i strapionych. My mamy bowiem obowiązek, na ile to leży w zasięgu naszych możliwości, walczyć z cierpieniem na tej ziemi. I wcale nie musisz od razu wynaleźć skuteczną szczepionkę na AIDS czy opatrywać rany trędowatych w Afryce lub sfinansować budowę sierocińca w Afganistanie czy Palestynie – choć jeśli to zrobisz, to oczywiście będziemy z ciebie dumni... Chciałem tylko powiedzieć, że każdy z nas może w swojej „małej Ojczyźnie”, w swoim mikro-świecie znaleźć dość okazji ku temu, by ulżyć doli cierpiącego człowieka. I choć z pewnością zdrowy chorego nie zrozumie, to jednak możemy okazać serce tam gdzie to konieczne. Bo my mamy nie tylko obowiązek walczyć z cierpieniem, ale także współczuć tym, którzy zostali naznaczeni stygmatem cierpienia. Wcale nie chodzi tu o mdłe: „nie martw się, głowa do góry, jakoś to będzie” – bo czasami takim gadaniem można narobić więcej szkody niż pożytku! Ale chodzi o to, by po prostu przy drugim człowieku „być”. Nawet nic nie mówić, ale po prostu „być” i próbować wczuć się w jego położenie. To jest prawdziwe, chrześcijańskie „współ-czucie”, czyli wspólne odczuwanie. Mówiąc innymi słowy chodzi o tzw. „solidarność” z tymi, którzy przeżywają być może największy dramat swojego życia. I jeszcze jedna uwaga – gorzka – ale konieczna. Gdy mamy do czynienia z chorobą nieuleczalną, to nie możemy zwodzić tego człowieka i wmawiać mu, że jutro wyjdzie zdrowy ze szpitala, ale w odpowiednim momencie musimy mu powiedzieć prawdę. Oczywiście nie możemy tego zrobić po chamsku i ostentacyjnie, bo wtedy możemy kogoś rzeczywiście wyprawić na tamten świat. Ale każdy człowiek ma prawo do godnej śmierci. I przychodzi taki moment, kiedy ktoś musi mu to w spokojny sposób powiedzieć. Każdy ma przecież prawo przygotować się na śmierć, uporządkować swoje sprawy z Bogiem i ludźmi... Dlatego wielka prośba duszpasterzy: nie zwlekać z wezwaniem kapłana! Proszę sobie tego nie brać na sumienie... 

Tytuł dzisiejszej nauki zawiera łacińską sentencję, która w luźnym tłumaczeniu brzmi: „poprzez trudności do gwiazd”, „poprzez cierpienie ku wyżynom” I rzeczywiście cierpienie ma moc oczyszczającą. Jak już mówiłem mamy obowiązek walczyć z cierpieniem, z bólem, z chorobą... Ale może się tak zdarzyć, że czasami tę walkę przegramy. I co wtedy? Ze swej strony muszę zrobić wszystko, by uniknąć cierpienia własnego czy cudzego. Zdarza się też, iż aby ratować kogoś lub umniejszyć czyjeś cierpienie, człowiek decyduje się z miłości podjąć jakiś trud czy ból. Tak jest np. w wypadku przeszczepów. Myślę, że te rekolekcje są też dobrą okazją ku temu, by przemyśleć bardzo poważnie (i pomyśleć o tym zawczasu) kwestię dobrowolnej zgody na przeszczep ewentualnych narządów po mojej śmierci. Byłby to zaiste akt wielkiej, chrześcijańskiej miłości bliźniego... Pomyślcie o tym proszę... Kiedy moje możliwości walki z cierpieniem kończą się, wtedy zaczyna się autentyczny egzamin z mojego chrześcijaństwa. Okazuje się wtedy na ile prawdziwie wypowiadam każdego dnia słowa: „bądź wola Twoja”. Jak wielkiego trzeba zawierzenia, by wtedy gdy umiera jedyne dziecko, by wtedy, gdy ktoś strasznie cierpi, by wtedy gdy ktoś ginie w wypadku, umieć powiedzieć: „bądź wola Twoja”... Nie życzę Wam, byście przez taki egzamin kiedykolwiek musieli przechodzić, ale musicie być na niego jednak przygotowani, i dlatego módlcie się o to, każdego dnia, by gdy on przyjdzie nie zabrakło Wam ani siły, ani wiary... Gdy rzeczywiście postaram się swój ból, swą udrękę zjednoczyć z Jezusem na Krzyżu, to wtedy mimo całej realności cierpienia, ujrzę jakieś światło w tunelu, poczuję jakąś niezwykłą siłę w sobie, odnajdę sens tego cierpienia. I to, co może wcześniej wydawało mi się być przekleństwem, okaże się drogocenną perłą... Bo przecież musimy przyznać, że wszelkie trudności (rozumiane bardzo szeroko) wspierają proces naszego wewnętrznego dojrzewania. Pokonywanie różnych dolegliwości, rozwiązywanie problemów hartuje naszego ducha. Przełamywanie barier, pokonywanie samego siebie, przechodzenie przez „dolinę cienia”, wyzwala w nas najlepsze siły, które właściwie ukształtowane, przydadzą się w przyszłości, gdy przyjdą nowe, tym razem większe trudności... Per aspera ad astra. Poprzez cierpienie do cnoty. Dlatego nie daj się zabić, nie daj się stłamsić, nie daj za wygraną, ale pisz swoim życiem powieść „Jak hartowała się stal”.

Rozpoczęliśmy nasze rozważanie od definicji „cierpienia”, ale tak naprawdę, to taka definicja tym, którzy cierpią jest niepotrzebna, bo oni doskonale wiedzą o co chodzi, a dla tych, którzy nie cierpią również okaże się bezużyteczna, gdyż ktoś kto sam nie cierpi, to choćby miał do dyspozycji 100 definicji, to i tak nie zrozumie... Dlatego też naukę tę proszę potraktować jako wielki hołd i wyraz solidarności z tymi wszystkimi, którzy teraz właśnie najbardziej cierpią. I niech ten Adwent pomoże nam stać się ludźmi o szeroko otwartych oczach, gorących sercach i pracowitych dłoniach, byśmy w swym najbliższym otoczeniu odkryli tych, co samotnie cierpią, byśmy umieli z nimi współ-odczuwać i zaradzili ich potrzebom.

Pamiętajmy o tym, że cierpienie nie dotyczy tylko naszego ciała. Są też cierpienia duchowe, udręki duszy, ból sumienia..., które potrafią bardziej zaboleć niż najgorsza choroba. A najwłaściwiej trzeba by powiedzieć, że jako istoty psychofizyczne, a więc stanowiące pewną jedność ducha i materii, przeżywamy wszystko całościowo. Oznacza to, że cierpienie fizyczne ma wpływ na naszą psychikę, a cierpienia duchowe, odbijają się na naszym organizmie. Tym wszystkim, którzy odczuwają teraz właśnie wewnętrzną pustkę, cierpią duchowo, mają ogromne kłopoty, którzy przeżywają różne lęki, którzy żyją „z duszą na ramieniu” jako wyraz naszej solidarności dedykuję słowa piosenki Edyty Geppert („Z duszą na ramieniu”):

Niby wszystko takie jasne, a tak ciemno,
Że powtarzać sobie muszę: nie jest źle!
A ty duszo na ramieniu trzymaj ze mną,
Gdy się gubię, kiedy wątpię, pilnuj mnie.
Kiedy dygot serca budzi mnie o świcie,
Kiedy marzeń sieć na strzępy życie rwie,
Kiedy mimo jasnych prognoz czarno widzę,
Bądź jak światło w tym tunelu – prowadź mnie!
Jak cię pocieszyć, czym cię rozśmieszyć, 
Skąd brać odwagę na dalszy ciąg?
I co się stanie z nami , Kochanie,
Gdy ktoś nam nagle wyłączy prąd?
Jeśli życie jest czekaniem, będę czekać!
Chociaż czasu na czekanie ciągle mniej...
Choć zmęczenia pył okrywa twarze wokół,
A do duszy tak się lepi smutku klej.
Czasem lubię z nią pogadać, żeby sprawdzić,
Czy tam jeszcze coś ważnego dzieje się.
Wtedy ona albo skomli, albo warczy,
Albo milczy, by nie martwić bardziej mnie...
Jak cię pocieszyć, czym cię rozśmieszyć,
Skąd brać odwagę na dalszy ciąg?
Gdy tak się gmatwa, to co najprostsze
Gdy tak się wszystko wymyka z rąk.
A ty duszo na ramieniu wytrwaj ze mną,
Gdy się gubię, kiedy wątpię, trzymaj się!
Trzymaj się... trzymaj...MNIE!

 „Nie mówcie zbyt wiele o cierpieniu...” Może lepiej wsłuchać się w ten krzyk Jezusa z krzyża, by w nim odczytać swoje życie, swój ból, i w nim znaleźć ukojenia i dla ducha i dla ciała? Bo Jezus krzyczał na krzyżu, ale i ten krzyk włączył w słowa: „Ojcze w Twe ręce powierzam ducha Mego”....

Tak jak pisze Descalzo: „Krzyczał. Krzyczał. I Jego krzyk rozbrzmiewa tu nadal, świdrując ściany wieczności. A ludzie wymyślają masę hałasów, żeby nie usłyszeć Jego krzyku. Nikt Go nie słucha, bo przytłumiają go telewizory, gaszą elektryczne gitary, unieszkodliwia go śmiech świata, który nie chce słuchać płaczu ludzi, a tym bardziej płaczu Boga. Trzeba być cicho, żeby usłyszeć ten krzyk. Trzeba kochać, aby go usłyszeć. Jak matka, która w tym właśnie momencie pochyla się nad szpitalnym łóżkiem, gdzie przed chwilą przestało bić serce jej dziecka, i sama jeszcze przerażona muśnięciem czarnego skrzydła śmierci, ofiarowuje Bogu jedyne, co jej pozostaje: swój płacz. Słyszy wówczas donośny głos, który stworzył niebo i ziemię, głos, który z krzyża rozdarł zasłonę w świątyni i sprawił, że świat zadrżał w posadach, głos, który teraz jej powtarza: przebacz mi, przebacz (...) ale pewnego dnia także i ty zrozumiesz (...) zrobiłem co mogłem, podzieliłem śmierć z wami, jak chleb. Pewnego dnia to zrozumiesz. Teraz proszę cię tylko o wybaczenie. Przebacz mi.”

Oczywiście rozumiemy doskonale, że tekst ten należy właściwie interpretować. Bóg nigdy nie jest źródłem czegoś złego, ani w niczym wobec nas nie zawinił. Ale tekst ten pokazuje tę głęboką solidarność Boga z nami. Myślę, że teraz lepiej rozumiemy, że Bóg jest zawsze po naszej stronie.... Per aspera ad astra… A zanim ciebie dotknie trąd cierpienia, wyryj na swym sercu trzy litery: FVT (fiat voluntas tua, czyli: bądź wola Twoja...). FVT, Siostro i Bracie... „ Nie mówcie zbyt wiele o cierpieniu....”. A ja się tak rozpisałem... Wybaczcie mi, ale życie czasami jest jak prawdziwa, mocna kawa: czarna i gorzka. Na szczęście jest też nadzieja silniejsza od goryczy; nadzieja, która rodzi się gdy wymawiasz słowa: bądź wola Twoja, nie moja...

A reszta, mój Drogi, jest już rzeczywiście milczeniem... 

 

Przeczytaj uważnie, w spokoju poniższy tekst i ...postaraj się go zastosować ...od dziś!

- Przykazania szczęśliwego człowieka -

1.  Człowieku, nie jesteś stworzony ani dla produkcji,
ani dla przemysłu, ani dla konta w banku - 
- jesteś stworzony aby być szczęśliwym człowiekiem.

2.  Istniejesz dla dobra i radości, byś umiał się śmiać i śpiewać,
żyć w miłości. Masz obdarzać szczęściem tych, którzy cię otaczają.

 3.  Przecież jesteś stworzony na obraz Boga, który jest miłością. 
Otrzymałeś ręce, żeby dawać, serce, które ma kochać
 i dwoje ramion mających objąć drugiego człowieka braterskim uściskiem. 

 4.  Żaden inny dzień, jak właśnie dzisiejszy jest Ci dany,
żeby żyć, radować się i być zadowolonym.
Jeśli dzisiaj nie żyłeś jak człowiek, zmarnowałeś dzień.

 5.  ŻYJ DNIEM DZISIEJSZYM!

6.  Z radosnym zadowoleniem możesz pomyśleć o dobrym -
wczorajszym dniu oraz pomarzyć
o pomyślnym załatwieniu spraw dnia jutrzejszego.
Ale nie możesz zagubić siebie we "wczoraj" albo w "jutro".

7.  Wczoraj przeminęło bezpowrotnie, a jutro dopiero nadejdzie.
Dzisiaj - to jedyny dzień. Twój dzień.
Uczyń go najlepszym dniem twojego życia. 

 8.  Czy potrafisz cieszyć się kwitnącym kwiatem,
pięknem przyrody lub uśmiechem, bawiącym się dzieckiem?
Jeśli tak - jesteś bogatszy i szczęśliwszy od milionera,
który chociaż tyle posiada a jeszcze więcej może kupić,
niczym nie cieszy się naprawdę,
gdyż bogactwo uczyniło go swoim niewolnikiem.

 9.  Nie bogactwo czyni człowieka bogatym, lecz radość.

 10.  Bądź uważny, staraj się być szczęśliwy...

 

Ks. Jacek Staniek SChr.
e-mail: staniek@hotmail.com


Copyright  (c)  2001  Polska Misja Katolicka AmsterdamList do PMK Amsterdam
Ostatnia modyfikacja:  02-12-2001