Polska_Misja_Katolicka.gif (3325 bytes)

Msze sw. w jez. polskim w Holandii Katechizacja Ogloszenia i informacje Intencje modlitewne Ksiega Gosci
O PMK Amsterdam Szkola PMK Amsterdam Z historii naszej Misji Strony, na ktore warto zajrzec Jubileusz 2000 w Internecie
Co nowego? Katechezy biblijne dla doroslych Nasza mala czytelnia Kronika naszej Misji Polscy duszpasterze w Holandii

Internetowe Rekolekcje Adwentowe *2001

QUO VADIS, HOMO?
"Kafejka przy Via Appia"

 

REDDOT.GIF (327 bytes) SYPIALNIANE  EGZORCYZMY, czyli: jak zmienić „Playboy’a” w „Prayboy’a”
(II niedziela Adwentu)

 

Moi Drodzy! Czas, także ten adwentowy, jakże intensywny i wręcz „gęsty” od duchowych treści, którym jest wypełniony po brzegi, nieubłaganie płynie naprzód... Przeżywając II niedzielę Adwentu słyszymy w Ewangelii według św. Mateusza ostre słowa Proroka znad Jordanu – Jana Chrzciciela: „Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie (...) Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego”. Zadanie niełatwe, ale zadanie konieczne.... W tym kontekście jeszcze lepiej postrzegamy tę prawdę, iż całe nasze życie jest jednym wielkim adwentem, bo przez całe życie, każdego dnia na nowo mamy się nawracać. Jest to pewien proces – proces bolesny, czasami dramatyczny, zawsze jednak „przynoszący korzyść”. Warto więc na nowo przyjrzeć się samemu sobie i porównać siebie „takim jakim jestem” z „takim jakim być powinienem”. Ciekawe zestawienie, prawda? Teraz już wiesz od czego trzeba rozpocząć? Wiesz już gdzie najbardziej niedomagasz? Zrozumiałeś co trzeba zmienić natychmiast a z czym walczyć powoli lecz systematycznie? No właśnie... A nasze drogi tak się pogmatwały, pomarszczyły, i pełno na nich dziur, i błota, i pęknięć, garbów jakichś... I dlatego nie deliberujmy za długo, lecz zakaszmy rękawy i weźmy się solidnie do adwentowej roboty – bo... czas ucieka! I jeszcze jedno: nie liczmy na samych siebie: bo ani nie jesteśmy tacy mądrzy, ani tacy dobrzy, ani tacy mocni... Musimy do współpracy zaprosić Pana Boga, bo inaczej nic się nie uda. Ale z Nim uda się na pewno, bo „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”!

Dzisiejsza nauka dotyczyć będzie dość gorącego tematu, a mianowicie... seksu. Jest to temat ważny, trudny i potrzebny, może w naszych czasach w sposób szczególny, gdyż jak nigdy dotąd rozprzestrzeniają się fałszywe poglądy na ten temat, uproszczone pseudo-rozwiązania i zwykłe zamieszanie, które – ponieważ chodzi o dziedzinę w życiu człowieka bardzo istotną – może przynieść wiele szkód. Kościół i seks – dla jednych zestawienie śmieszne, dla innych kuriozalne, a tak naprawdę: jak najbardziej prawidłowe. Oczywiście należy pamiętać, że sprawy dotyczące płciowości człowieka nie stanowią jedynej sfery jego egzystencji, a przykazanie VI jest przykazaniem VI, a moralność chrześcijańska nie ogranicza się do omawiania „tych spraw”... I choć mogło się tak zdarzać w przeszłości, że w praktyce duszpasterskiej przeakcentowywano sprawy seksu, to dziś wydaje się, że grozi nam coś wręcz przeciwnego, że będziemy mianowicie mówili i pisali o wszystkim, tylko nie o seksie. A jeśli już, to w sposób wybitnie teologiczny, ogólny i pobieżny. A wystarczy przyjrzeć się „Rozmowom o wierze”, które prowadzone są systematycznie przez ojców jezuitów na stronach „Opoki”, by przekonać się, że najwięcej pytań związanych jest właśnie różnymi aspektami życia płciowego człowieka. A to oznacza, iż panuje jakaś niepewność, dezorientacja, pomylenie pojęć w naszym społeczeństwie. A przecież Kościół ma być drogowskazem, ma być przewodnikiem, ma pomagać, podpowiadać, ostrzegać... Dlatego warto na nowo przemyśleć jak w praktyce Kościoła pomóc współczesnemu człowiekowi zrozumieć co jest dobre, co wartościowe, i co naprawdę pożyteczne... Pamiętajmy także, że ta sfera potrafi bardzo człowieka zniewolić. Istnieją nawet grupy „anonimowych erotomanów” (coś na wzór „anonimowych alkoholików”) – osób, które żyły w uzależnieniu erotycznym i pragną się z niego wyzwolić. Czasami trzeba więc radykalnych środków, by człowieka uratować.

W podejściu do spraw seksu zagrażają nam dwa zasadnicze niebezpieczeństwa. Pierwsze: uznanie tej sfery za „nieczystą ipso facto”, za zło par excellance, za siedlisko szatana. Konsekwencja: wszystko co dotyczy ludzkiej płciowości jest skażone i należy się od tego trzymać z daleka. Drugie niebezpieczeństwo: na podstawie źle zinterpretowanego pojęcia wolności uznanie tej sfery za sprawę czysto prywatną, która jest wyjęta spod jakiejkolwiek oceny moralnej, do której nauczanie Kościoła „nie ma wstępu”, w której ja sam stanowię wyrocznię i ostateczną instancję... Obie te postawy są z gruntu fałszywe i zasługują na to, by je zdecydowanie odrzucić. Ale istnieje też wiele odmian pośrednich, które także należy oczyścić, uszlachetnić, skorygować...

Po pierwsze: seks jako taki, jest dobry. Jest to prezent Stwórcy dla człowieka. Jest to piękny wymiar jego życia doczesnego. Oczywiście nie możemy traktować seksu jako oderwanego od ludzkiej osoby i pewnych konkretnych uwarunkowań. Za seks mamy być wdzięczni i nim się radować! Ale prawdą jest też, że z seksem to tak jak z nożem: można chleba nakroić, przygotować i spożyć posiłek, rozciąć pęta, ale można też zranić, oko wydłubać, a nawet zabić... Jest to dar niezwykle zobowiązujący, delikatny i wymagający mądrości.
Po drugie: nauka niniejsza nie stanowi żadnych „cudownych odkryć”, nie zamierza też występować w roli „prześcieradła” ani „materaca”, gdyż ten temat należy omawiać taktownie, dyskretnie, ale odważnie i w sposób bardzo przejrzysty. Tu chodzi o zbyt ważne sprawy, by można sobie było pozwolić na jakieś niedomówienia. Chodzi o zwykłe przypomnienie nauki Kościoła, chodzi o nazwanie rzeczy po imieniu, chodzi o umocnienie w dobrym oraz o ostrzeganie przed zgubnymi ścieżkami.

Pierwszą kwestią, którą należy poruszyć jest kwestia właściwie przeżytego narzeczeństwa. Przyszłe małżeństwo to dla wielu najważniejsza decyzja w życiu, bardzo brzemienna w skutkach. Dlatego rzeczą niezwykłej wagi jest przygotować się w odpowiedni sposób do przyjęcia (i udzielenia) tego sakramentu. Potrzeba wielkiej mądrości, rozwagi, spokoju przy wyborze człowieka, z którym przyjdzie spędzić resztę życia. Jedno jest też pewne: życie seksualne jest zarezerwowane dla małżonków. A więc przed ślubem „szlaban”! Nie należy tego rozumieć negatywnie, jako jakiegoś nieuzasadnionego, wydumanego zakazu. Każde Boże przykazanie ma celu dobro człowieka. Czasami nawet Pan Bóg swymi normami musi bronić i chronić człowieka przed nim samym... Prawdziwa miłość potrafi czekać. Współżycie przed ślubem zawsze jest wyrazem egoizmu, nie liczenia się z drugim, igraniem z ogniem... A egoizm zawsze jest grzechem. „Współżycie seksualne przed małżeństwem czy poza nim zawsze będzie interesowne, zawsze będzie kłamstwem, bo przecież w tych warunkach nie istnieje ta jedność, której zbliżenie seksualne powinno być znakiem” (Meissner, Suszka). A przecież miłość to także odpowiedzialność. Tylko ci narzeczeni, którzy potrafią czekać, dają dowód prawdziwej miłości! Ale życie niestety jest „bogatsze” i człowiek czasami robi po „swojemu” i sam pakuje się w kłopoty... I tak czasami przed ślubem pojawia się dziecko. W świadomości społecznej funkcjonuje takie wydarzenie, jako okoliczność „zmuszająca” do ślubu... Nic bardziej błędnego! Owszem jeśli młodzi rzeczywiście się kochają, to mimo swego błędu, mogą się pobrać. Ale jeśli nie jestem pewny czy to jest ta jedna jedyna, czy ten jeden jedyny, to wtedy lepiej poczekać. Niech dziecko się urodzi, pożyjemy, zobaczymy... A może wasze drogi się rozejdą i znajdziesz naprawdę kogoś odpowiedniego. Takiej decyzji nie wolno podejmować pochopnie. Bo co: tylko dlatego. Żeby nie było wstydu wyjść za kogoś, kogo nie kocham i unieszczęśliwić siebie i innych ???!!! A zresztą w sakramentalny związek małżeński należy wstępować w sposób dobrowolny.... Ci, którzy zachowali czystość przed ślubem uczynili najlepszą lokatę kapitału pod przyszłe udane i szczęśliwe życie małżeńskie! Tę kwestię należy dziś bardzo mocno akcentować wobec rosnącej liczby „wolnych związków”, kiedy to młodzi żyją przez parę lat razem, a potem dopiero biorą ślub. Biorą, albo i nie biorą... W każdym razie pragnę tu przypomnieć słowa Jana Pawła II wypowiedziane na niemieckiej ziemi: „nie można kochać na próbę, nie można żyć na próbę i nie można umierać na próbę”...

W tym miejscu należy także wspomnieć, iż przykazanie VI było zawsze w tradycji Kościoła rozumiane w sposób integralny. A więc nie chodzi tylko o czyny, ale również o myśli, pragnienia, spojrzenia i słowa. Stąd konieczność tego, by zadbać o czystość swych myśli, pragnień, marzeń. Pewnie, że jest rzeczą normalną, iż różne pokusy będą człowieka nachodzić (niektórzy nawet żartują, iż pokusy seksualne ustają dopiero 15 minut po śmierci...). Ale pokusa, to jeszcze nie grzech. Gdy więc taka myśl się pojawi, to trzeba ją w sposób spokojny, ale zdecydowany odrzucić, prosząc Boga o pomoc. Grzechem stanie się ona wtedy, gdy znajdę w niej upodobanie, zaakceptuję, zacznę rozwijać. Pamiętamy przecież o słowach Pana Jezusa, który napominał: „każdy kto pożądliwie patrzy na kobietę już dopuścił się z nią cudzołóstwa”. Mocne słowa, ale na wskroś prawdziwe... Papież przypomina, że czasami w myślach można bardziej zgrzeszyć niż konkretnym czynem. A przecież każdy czyn bierze swój początek w sercu, we wnętrzu człowieka. Ktoś powiedział, że najbardziej erogennym narządem człowieka jest jego mózg. Czuwajmy nad naszymi myślami, wyobrażeniami i pragnieniami, byśmy nie musieli się ich wstydzić. Nie możemy czynić z naszej głowy śmietnika.... Stąd konieczność odrzucenia pornografii, erotycznych obrazów, filmów, przedstawień, bo to gdzieś w człowieku potem siedzi i na „zdrowie” ci nie wyjdzie...

Warto też zwrócić uwagę na to co mówimy. I jak mówimy. I po co mówimy. Bo wiadomo: głupi mówi co wie, a mądry wie co mówi... Pronzato pisze: „ Dziś w wielu środowiskach sroży się język wyuzdany, ordynarny, agresywny. Ostentacyjnie prowokacyjny, grubiański, obelżywy. Często w dyskusjach posługujemy się terminologią przeraźliwą w swej brutalności i bezczelności. Zjawisko to dotyczy młodych, ale również ludzi o siwych i nielicznych włosach, i o protezach zębowych. (...) Gdy język zostaje skażony, zgwałcony, zaprzedany w celu obrażania, znieważania, wyszydzania, popełnia się podwójne, poważne nadużycie: wobec samego języka i wobec osób będących obiektem lub tylko słuchaczami pewnych niepowściągliwości słownych i nieprzyzwoitych wyrażeń. (...) Maryjo – Matko szacunku spraw, byśmy pojęli, że nie powinniśmy się wstydzić słów dobrych, opanowanych, uprzejmych. Że dzięki czystości naszych ust powietrze staje się dla wszystkich przyjemniejsze.”

Nie sądźmy jednak, że wystarczy być po ślubie, aby już wszystko było dozwolone... Moi drodzy! Seks ma zawsze być wyrazem miłości i tę miłość umacniać. Seks bez miłości, nawet w małżeństwie będzie grzechem! Przyjemność nie może być celem. Celem (i motywem) współżycia może być tylko prawdziwa miłość. A ona oznacza i ofiarę, i samozaparcie, i pragnienie dobra drugiego... A jeśli z miłością jest związana przyjemność, to wypada się tylko cieszyć! Autentyczna miłość potrafi czekać także w małżeństwie. Stąd tak ważne jest, by dbać ciągle o wzrost miłości między małżonkami. Właśnie: wzrost... Nie należy więc młodym parom życzyć, by zawsze kochali się tak jak w dzień ślubu. Oni mają kochać się z każdym dniem goręcej... Nie mówcie im także, że to najpiękniejszy dzień w ich życiu, bo to oznaczałoby, że teraz może być już tylko... gorzej. A przecież – najlepsze dopiero przed nimi! Małżonkowie powinni bardzo cenić sobie dar życia seksualnego i o tę sferę naprawdę zadbać, bo od tego tak wiele zależy.... Jeden z włoskich pisarzy powiedział kiedyś: „widzi pan jaki jestem gruby? A moja żona jest jeszcze grubsza. Ale kiedy się dobrze rozumiemy, to jedno łóżko nam wystarczy, ale gdy się kłócimy, to cały wielki dom jest jakby za mały...” 

Miłość jest oczywiście najważniejsza, ale ona przejawia się na 1000 konkretnych sposobów, m. in. poprzez wzajemne zrozumienie swych potrzeb, pragnień i oczekiwań. To zrozumienie przejawia się w zaakceptowaniu konkretnej sytuacji „drugiej strony”, w rezygnacji z własnego „ja”, w duchu ofiary.
Mówiąc skrótem trzeba przypomnieć współczesnemu człowiekowi, że złem jest: aborcja, gwałt, środki wczesnoporonne (np. spirala), nierząd, cudzołóstwo, kazirodztwo, prostytucja, „seks-turystyka”, rozwiązłość, „wolne związki”, poligamia, rozwód, wszelkie rodzaje antykoncepcji (pigułki, prezerwatywy, stosunek przerywany, itd., itp.), ubezpłodnienie chirurgiczne (jako okaleczenie człowieka), homoseksualizm, pornografia, masturbacja. Tę listę (niestety) można ciągnąć dalej...

Po tym wyraźnym podkreśleniu zjawisk negatywnych, chcę zaznaczyć, że przede wszystkim chodzi o pozytywną wizję ludzkiej płciowości, o tzw. integrację seksualną, o autentyczną wolność człowieka, o otwarcie na życie, o życie zgodne z wolą Pana Boga, o życie w zgodzie z naturą (gdy chodzi np. o odpowiedzialne rodzicielstwo i planowanie rodziny), o zaufanie do Boga.... Dziś rozprzestrzenia się „mentalność antykoncepcyjna”, w której dziecko postrzegane jest jako „niebezpieczeństwo”, jako „zagrożenie”, jak „kłopot”. A chrześcijaństwo podkreśla, że nasza mentalność kocha życie, jest na nie otwarta, przyjmuje je chętnie i z radością! Przemyślmy to sobie w spokoju... Kiedyś w Kolonii, obok kościoła Polskiej Misji Katolickiej pojawiła się reklama propagująca prezerwatywy jako środek chroniący przed AIDS. Ktoś („niewidzialna ręka”?) dopisał spray’em na plakacie „wierność jest lepsza, pewniejsza”. No comments...

Tym sposobem staraliśmy się dokonać „egzorcyzmu nad sypialnią”, by wyrzucić z niej demony, upiory, złego ducha, który czasami toczy jak rak serce człowieka. Zadajmy jednak konkretne pytanie jak zmienić typ „playboy’a”, czyli takiego nieodpowiedzialnego szczeniaka, wiecznego macho, super-egoisty, dla którego przyjemność jest wartością nadrzędną (i nie chodzi tu tylko o płeć brzydszą...) w typ „prayboy’a”, czyli: człowieka Bożego, męża modlitwy, kogoś kto nie pomylił miłości z pożądliwością, który stara się żyć w czystości... Odpowiedź już po części została udzielona. Gdy chodzi bowiem o cnotę czystości, do której wezwani jesteśmy wszyscy (nie tylko księża i zakonnicy), to rolę pierwszoplanową odgrywa moje zjednoczenie z Bogiem. Im bliżej jestem Boga, tym jestem silniejszy. „Z kim przestajesz, takim się stajesz”. A więc nie może zabraknąć modlitwy (pray – z jęz. angielskiego oznacza „modlić się”), jako czasu spędzonego w towarzystwie Pana Boga. Drugim środkiem jest wypróbowana, chrześcijańska asceza. A więc i post i wyrzeczenie, i umiejętność opanowania własnych zachcianek. To ciężka praca – ale konieczna. Po trzecie: hojność wobec innych, bycie „dla” innych, „tracenie” czasu dla jakiejś dobrej sprawy... Oczywiście jest wiele innych, pomocnych, działań, które sprzyjają utrzymaniu i rozwijaniu cnoty czystości.

Szczególnym znakiem w świecie współczesnym są osoby konsekrowane: siostry zakonne i zakonnicy, którzy ślubują czystość, a także kapłani żyjący w celibacie. Są oni znakiem w tym przeerotyzowanym świecie, który patrzy na wszystko przez pryzmat seksualnej przyjemności, która jest preferowana jako najwyższa wartość. Starajmy się ten wyraźny znak osób bezżennych dobrze odczytać i wzajemnie się wspierać, bo tak naprawdę wszyscy się potrzebujemy: małżonkowie, duchowni, osoby samotne, osoby konsekrowane. Musimy się wspierać i sobie pomagać, by każdy swoje powołanie mógł jak najlepiej zrealizować. Aby ten związek lepiej unaocznić chciałbym przytoczyć tekst autorstwa księdza José L.M. Descalzo:
„(...) po raz pierwszy pomyślałem o dzieciach, których nigdy nie będę miał. Powiada się, że aby się spełnić, mężczyzna musi posadzić drzewo, napisać książkę i spłodzić syna. Czyżbym więc miał być wiecznym kaleką? Czy kiedy umrę, umrę całkowicie i nie pozostanie na ziemi ślad mojej krwi? (...) Zdarzało mi się, że gdy spotykałem na ulicy grupkę dzieci, szedłem potem jak otumaniony z wzrokiem utkwionym gdzieś w przestrzeni. Tak, w przyszłości wszyscy będą do mnie mówić ojcze, lecz ja nim nie będę. Moje dziecko nigdy nie przybiegnie rano do mojego łóżka i nie przyniesie ciepłych pantofli. (...) W tamtych dniach – Bóg łaskaw – Komedia Francuska wystawiła dla Piusa XII Zwiastowanie Paula Claudela i właśnie ze sceny przyszła do mnie odpowiedź. Nie znacie tej cudownej sztuki? Króciutko ją wam opowiem.

Jest to historia Violetty, szczęśliwej dziewczyny o niebieskich oczach, jasnych włosach, cudownie czystym głosie, która ze swoim narzeczonym, Jakubem, śni na jawie sen o miłości. W historii Violetty jest tylko jedno gorzkie wspomnienie: Piotra de Craon, budowniczego katedr – rzecz się dzieje w Średniowieczu - który, gdy była dzieckiem, usiłował dopuścić się na niej gwałtu, i chociaż się mu oparła, ból pozostał. I kiedy już o nim zapomina i już ma wyjść za Jakuba, jak zbieg powraca Piotr, który zaraził się trądem i wszyscy go unikają. A Violetta wiedziona odruchem miłosierdzia wita go pocałunkiem w czoło, na znak przebaczenia.
Mara, jej zazdrosna siostra, również zakochana w Jakubie, biegnie rozpowiedzieć, że widziała jak Violetta całuje się z Piotrem. I chociaż nawet Jakub nie chce w to wierzyć, jest dowód: Violetta także zaraziła się trądem. Będzie musiała porzucić swego ukochanego i zaszyć się w górach, tak jak w owym czasie czynili trędowaci.
Minęły lata. Violetta jest już żywym trupem. Trąd pozbawił ją nawet jej pięknych niebieskich oczu. Jest ślepa. Tymczasem Mara wyszła za mąż za Jakuba i mają córeczkę, śliczną dziewuszkę o czarnych oczach, którą nazwali Albana. I pewnego dnia, pod nieobecność Jakuba, Mara znajduje swoją córkę martwą. Jest Boże Narodzenie. Biegnie więc w góry prosić, żądać, by jej siostra wskrzesiła jej córkę: na cóż cała ta jej świętość, skoro nie może sprawić cudu?
Violetta, przymuszona, bierze ciało dziewczynki w ramiona, okrywa je swoim podartym płaszczem. Dzwonią bożonarodzeniowe dzwony. Z niedalekiego klasztoru dobiega śpiew mniszek: Puer natus est nobis – Dzieciątko się nam narodziło. Wszystko wokół pachnie żłóbkiem i Bożym Narodzeniem. A w ramionach Violetty, pod jej płaszczem, coś się porusza.
Kiedy Mara odbiera ciało swojej córki, już żywej, dostrzega, że cuda były dwa: jej córeczka wróciła do życia, ale z niebieskimi oczami. Ponieważ teraz prawdziwą matką jej duszy nie jest ona, lecz Violetta, która w ten sposób dowiodła płodności swojego serca.
Pamiętam, jak po obejrzeniu tej sztuki wyszedłem na ulice Rzymu jakbym był pijany. Było to tak, jakby właśnie na scenie opowiedziano mi moje życie. Życie setek i tysięcy księży i zakonnic, ludzi, którzy dobrowolnie godzą się na jakiś trąd i w związku z tym wybierają pewnego rodzaju samotność.

Bóg jest zaraźliwy. Na szczęście. Istnieją też takie sposoby wybierania Go, które pociągają za sobą jakieś rezygnacje. Na przykład rezygnację z fizycznego ojcostwa. Ale nie z płodności.
Tamtej nocy przysiągłem sobie, że za nic na świecie nie przystanę na bezpłodność. Że muszę koniecznie zostawić po sobie jakiś ślad. Że nieposiadanie dzieci z mojego ciała będę musiał zrekompensować staraniem, by zrodzić dzieci z mojej duszy. Że mogę pozostać bezżenny, ale nie jałowy, bezpotomny, ale nie bezpłodny.

Podstawowym prawem ludzkiego istnienia wydaje mi się to, że nasze życie musi czemuś, a jeszcze lepiej komuś służyć. Pomagać komuś, dodawać komuś otuchy, kochać kogoś, kogoś oświecać, kogoś zrodzić. Nie tylko samego siebie. Nie może być tak, jakbym przyszedł na świat tylko po to, żeby troszczyć się o swoją śliczną główkę.
I już wiem, że rodzić dusze jest o wiele trudniej niż wydawać na świat ciało. (...) Ale jak to dobrze dać trochę światła, parę kropli radości, muśnięcie nadziei, łyk wiary. Boże święty, jakby to było cudownie, gdybym po drugiej stronie (...) spotkał kogoś, kto by miał duszę tego samego koloru co moja!” Przecież nikt z nas nie jest „samotną wyspą”...

 

Zadanie domowe: przeczytam hinduski tekst TANTRA

 

Ks. Jacek Staniek SChr.
e-mail: staniek@hotmail.com


Copyright  (c)  2001  Polska Misja Katolicka AmsterdamList do PMK Amsterdam
Ostatnia modyfikacja:  09-12-2001