Polska_Misja_Katolicka.gif (3325 bytes)

Msze sw. w jez. polskim w Holandii Katechizacja Ogloszenia i informacje Intencje modlitewne Ksiega Gosci
O PMK Amsterdam Szkola PMK Amsterdam Z historii naszej Misji Strony, na ktore warto zajrzec Jubileusz 2000 w Internecie
Co nowego? Katechezy biblijne dla doroslych Nasza mala czytelnia Kronika naszej Misji Polscy duszpasterze w Holandii

Internetowe Rekolekcje Adwentowe *2001

QUO VADIS, HOMO?
"Kafejka przy Via Appia"

 

REDDOT.GIF (327 bytes) GO  BACK  TO  THE  ROOTS,  czyli: Hamlet to także ty...
(IV niedziela Adwentu)

 

Moi Drodzy! Tak oto dotarliśmy szczęśliwie do IV, i ostatniej, niedzieli Adwentu, czyli tego wyjątkowego czasu, w którym przygotowujemy się solidnie na spotkanie z Jezusem Chrystusem. Właściwie możemy powiedzieć, że całe nasze życie jest adwentem. Jest jednym wielkim oczekiwaniem, jest też jednym wielkim „przybywaniem Boga”. 

Popatrzmy ile czasu poświęcamy na czekanie... Najpierw czekamy 9 miesięcy aż przyjdzie na świat człowiek. Potem czekamy na pójście do szkoły, potem na I spowiedź i I Komunię św. Potem na ukończenie szkoły. Dalej: matura i egzaminy wstępne lub praca. Potem czekamy na awans lub dyplom. Potem czekamy aż założymy rodzinę. I tak w kółko. Aha, no i jeszcze ciągle czekamy na śmierć. A ile jest jeszcze takich małych „życiowych poczekalni”? Czekamy na autobus czy tramwaj, czekamy na dzwonek oznajmiający koniec lekcji, czekamy na premierę ciekawego filmu, czekamy na przyjazd cioci z Ameryki, czekamy w kolejce przed konfesjonałem, czekamy w poczekalni u lekarza, czekamy w kolejce po świeże bułeczki, czekamy na telefon lub list, czekamy na uśmiech czy słowo „przepraszam”, czekamy... To są wszystko nasze adwenty... Ale jest też adwent Pana Boga – kiedy to ON czeka na mnie, czeka na człowieka. Niestety musi On często czekać o wiele dłużej i to jest bardzo smutny adwent...

W tę dzisiejszą, ostatnią adwentową niedzielę, kiedy Syn Boży jest tuż, tuż, we drzwiach..., chciałbym abyśmy pomyśleli o tym, że Adwent ma być dla nas, jako radosne oczekiwanie pełne nadziei i tęsknoty, także czasem „robienia porządków”, czasem oczyszczenia, czasem uregulowania pewnych spraw – w końcu przychodzi do nas TAKI Gość! 

Pamiętamy zapewne taką ewangeliczną scenę, kiedy Jezus z Nazaretu uzdrawia 10 trędowatych – ale tylko jeden z nich (i do tego cudzoziemiec!) powraca, by osobiście Mistrzowi podziękować. Jakaż to bardzo pouczająca dla nas historia... Myślę, że warto w te ostatnie godziny adwentowego wypatrywania Mesjasza, przemyśleć ją sobie dokładnie... Tak jak to czyni Luigi Santucci: Wszyscy uciekli. Został tylko Jezus. Trędowaty klęczy przed Nim, trędowaty mówi. Kiedy człowiek jest w takim stanie, nic tylko samo cierpienie — jego usta wymawiają tylko słowa najważniejsze. Odpada chytrość, żałosny lament, niemożliwa staje się mimika towarzysząca błaganiu w tej twarzy, która jest jak gąbka; trędowaty wypowiada pięć prostych słów: „Jeśli chcesz, możesz mię oczyścić”. Jeżeli chcesz. Ta chwila jest dla niego jak grzbiet górski o dwóch stokach: jeden to cud, skok w życie, dom, on sam, wszystko, co dobre; drugi — wszystko pozostaje, jak było, cała niedola świata tkwiąca w nim aż po ostatni dzień żywota. „Jeśli chcesz, możesz mię oczyścić.” „Chcę, bądź oczyszczony.”

Pomiędzy tymi dwoma zdaniami nawet liść się nie porusza, ludzie i zwierzęta nieruchomieją. Tylko ręka Chrystusa wyciąga się, odbywa tę krótką drogę od lęku do litości. „Wyciągnął rękę swoją i dotknąwszy go...”
Czyż nie dziesięciu było oczyszczonych? Gdzie jest dziewięciu?

Gdy Jezus zadał to pytanie jedynemu spośród uzdrowionych trędowatych, który przyszedł na wezwanie, człowiek nie odpowiedział ani słowem. Skulony u Jego stóp dygotał zmieszany. To, że jest sam, odczuwał jak żenującą nagość. „Cóż mogę o tym wiedzieć, Panie. Ja z tych dziesięciu byłem jedynym obcym. Trędowaci nie mają imion, a ich twarzy, teraz, gdyś je oczyścił z trądu, nie umiałbym nawet rozpoznać. Rozproszyliśmy się niczym ryby wrzucone z powrotem do morza.

„Gdzie jest dziewięciu?" Chrystus czeka. Jego milczenie tym razem jest uparte, można by rzec, że chce na nich czekać.
Trwa tu jedna z najdłuższych w Ewangelii pauz. Czyż nie dziesięciu było uzdrowionych? Więc i tamci muszą na­dejść. Niemożliwe, żeby nie stawili się na wezwanie, trzeba na nich zaczekać.

Cóż znaczy to nie kończące się milczenie? Jezus kolejno wywołuje nieobecnych i każdy odpowiada na Jego pytanie:
Gdzie jesteś?” Przypatrzmy się wspólnie co mogła w tym czasie robić owa „dziewiątka”...

PIJACY (i to aż trzech): Siedzimy w tawernie. Pijemy miód i wino figowe za pomyślność proroka, który uleczył nas z trądu. Przypadkowo spotkaliśmy się tutaj wszyscy trzej i nie bylibyśmy się rozpoznali, tak bardzo odmieniły się nasze twarze, przy tym światło w tawernie jest nikłe. Ale wino wspólnie wypite wnet rozwiązało nam języki, a odkrywszy, żeśmy towarzyszami jednego i tego samego cudu, uściskaliśmy się i zażądaliśmy jeszcze wina, i weselimy się i śpiewamy pieśni. Czegóż chcesz, Panie? Abyśmy przyszli do Ciebie? Och nie zdołalibyśmy już odnaleźć, idąc na tych miękkich no­gach, z tym szumem w uszach, owej małej uliczki, gdzie Ty dziś rano... Wielki cud się stał, na Abrahama! Wino, Panie, pijemy wino za Twoje zdrowie...

 ROZPUSTNIK: Jestem w alkowie. Natychmiast przybiegłem tutaj, skoro tylko poczułem, jak moje ciało pod łachmanami staje się znowu gładkie niby daktyl, usta świeże i pełne na miejscu okropnej rany, a na okaleczałych dłoniach wykwitają palce. Pobiegłem do domu, który niegdyś znałem, a że o tej porannej godzinie znalazłem go zamkniętym, zacząłem walić w drzwi pięściami, przywołując kobietę po imieniu. Ale zamiast niej mieszka tam teraz inna i musiałem obiecać jej dużo pieniędzy, aby mi otworzyła i pozwoliła wejść nieznanemu i obdartemu mężczyźnie. Dotykałem jej ciepłego ciała i całowałem jej włosy. Przez wszystkie ciemne lata trądu nie przestawałem wspominać tego zapachu. Skulony na bruku ulicy wodziłem moimi butwiejącymi oczyma za smukłymi kostkami nóg wszystkich kobiet, które przechodząc obok mnie przyspieszały kroku, pełne odrazy. A teraz kobieta krząta się po izbie, pali aloes, a za chwilę znów położy się u mego boku, piękna jak wyspa na morzu, a w moich żyłach krew przemieni się w miód.
Wołasz mnie. Panie, ale jeden jej włos trzyma mnie na silniejszej uwięzi niż sto żelaznych łańcuchów. A zresztą w jakimże innym celu przywróciłeś mi te usta, te ręce, to ciało, o Panie?

 ZŁODZIEJ: Ten krzak agawy jest dogodną kryjówką. Będę mógł spokojnie śledzić każdy ruch gospodarza i zo­baczyć, kiedy będzie wychodził. Nie będzie pewnie długo zwlekał. Znam jego przyzwyczajenia: rozpytywałem o nie pilnie przed laty, zanim ugodził mnie trąd, a nie jest on człowiekiem zmieniającym przyzwyczajenia. Wkrótce wyj­dzie i ruszy na obchód swoich posiadłości. Przez cały czas mojej przeklętej bezczynności myślałem o tej chwili i udoskonalałem moje plany. W ciągu tego czasu w jego szkatule dużo musiało przybyć pieniędzy. Psy nie usłyszały mnie. Stąd dostanę się do środka jednym skokiem. Teraz, kiedy moje członki znowu są zwinne i szybkie są moje palce, nie będzie żadnego problemu... Urządzę się i będę mógł korzystać z uroków życia...

 HANDLARZ: Ten wół nie jest wart więcej niż dwadzieś­cia sykli, przyjacielu. Sam widzisz, jaki niski jest w kłę­bach i jaką krótką ma szyję. Dwadzieścia sykli i ani gro­sza więcej. Wieśniak postawił mi jako granicę dwadzieścia dwa... Jakże chcesz, żebym odsprzedając nie zarobił przynajmniej dwóch sykli? No, dwadzieścia jeden, niech będzie; niech mnie Mojżesz pokarze trądem, jeżeli to nie jest dobra zapłata. Nawet za wołu znad Nilu nie dałbym więcej, klnę się na proroków. Och, ależ ty jesteś uparty, tylko czas tracę przez ciebie. Zrozum, przyjacielu, mam umówione spotkanie z jednym cudzoziemskim rabbim, czeka na mnie, a właśnie dziś rano oddał mi wielką przysługę i nie chciał za nią ani grosza. No dobrze, dobrze, uparty synu Abra­hama: dam ci te dwadzieścia dwa sykle. Jeszcze mało? Po­słuchaj...

PYSZAŁEK: Nie wiem, kim jesteś ty, który mnie wo­łasz. Tak, to owszem jest moje imię, ale zapomniałeś dodać, że jes­tem uczonym w Piśmie i że wywodzę się z królewskiego rodu. Nie wychodzę o tej porze z mego domu, pełnego uczniów i sług. Kto chce mnie widzieć i potrzebuje jakiejś łaski czy dobrodziejstwa, może się zameldować u mojego skryby i czekać wraz z innymi na swoją kolej. Może przyjść tu, do mego pałacu, który każdy mieszkaniec miasta będzie umiał mu wskazać i z którego nigdy się nie ruszałem, gdyż dzięki przywilejom, jakimi mnie Bóg obdarzył, nigdy od ni­kogo nie potrzebowałem niczego. To inni potrzebują mnie! A ja, jeśli taka będzie moja wola, pomogę im – lub nie...

BEZTROSKI: Poszedłem tam, gdzie mnie nogi zaniosły, na szczyt tego oto pagórka. Jakie czyste powietrze! Spoty­kałem mężczyzn i kobiety z ładunkiem siana na plecach, gdzie niegdzie kozę albo psa pasterskiego. Jeszcze wczoraj nawet zwierzęta uciekały przede mną przerażone. Dzisiaj natomiast zbliżają się do mnie wszyscy domownicy, a spot­kani ludzie pozdrawiają mnie. Znalazłem szopę na siano i zasnąłem w niej, a przedtem długo przyglądałem się obło­kom, jak wplątują się w gałęzie oliwek. We śnie zdawało mi się chwilami, że jestem wciąż jeszcze trędowaty, może dlatego, że siano łaskotało mnie i kłuło. Budziłem się, dotykałem twarzy rękoma i zamykałem na powrót oczy. Nic mnie nie obchodzi – dolce vita...

ZAKOCHANY: Ja nie zapomniałem o Twoim wezwaniu Panie. Ale jestem znowu zarażony. Trąd, który ze mnie zdjąłeś, powrócił znów do mnie w jej pocałunku i wróciłem, aby być z nią razem w naszej jaskini trędowatych. Ty wiesz: zakochałem się w niej w ów dzień przy studni, kiedy piła nachylona nad wiadrem, a ja zdradziecko poca­łowałem ją w szyję. Nie wiedziała o mojej chorobie, na moim ciele nie było jeszcze widomych jej znaków; oddała mi więc pocałunek i przyszła żyć ze mną, już zarażona. Nasza miłość rosła z dniem każdym, równocześnie z naszymi ranami. Nie wstydzę się tego, Panie, ani nie żałuję.
Chcąc, nie chcąc znalazłem się wśród tych dziesięciu dziś rano. Ich pragnienie uleczenia udzieliło się i mnie także i ...zostałem. Ale zaledwie dotknięcie Twojej ręki mnie uzdrowiło, poczułem, że ją utraciłem. Pobiegłem do niej i prosiłem, żeby mi oddała ten pocałunek, który jej dałem wtedy u studni. Jestem znowu trędowaty, Panie - Twój cud dla mnie poszedł na marne i nie mogę (i nie chcę!) przyjść na Twoje wezwanie. 

Dziesiąty trędowaty jest tam wciąż jeszcze, przypadł do ziemi, usta przyciskając do kamienia. 

A my, pozostali trędowaci, krążymy po świecie. Nasze dawne życie wchłonęło nas na powrót, odkąd nas oczyściłeś, w tym samym miejscu, w którym niegdyś musieliśmy je porzucić.
Jeden na dziesięciu. Panie: taki jest nasz odsetek. Nie trwoń swych cudów dla takich jak my... Dla takich jak my...

Historia ta, z jednej strony pełna wiary i nadziei, z drugiej strony pełna niewdzięczności i smutku, ukazuje nam w jak różny sposób człowiek może zareagować na Bożą miłość. Pokazuje nam ona straszliwy dramat ludzkiej niewdzięczności...

Pamiętamy doskonale co wydarzyło się 11 września bieżącego roku w Nowym Jorku. Mamy jeszcze dokładnie przed oczyma te dantejskie sceny. Ciągle odczuwamy tę głęboką solidarność z ofiarami i ich najbliższymi. I stale chodzi nam po głowie pytanie: jak to się mogło stać? Jak do tego mogło dojść? Dokąd zmierza nasza cywilizacja? Gdzie tkwi błąd? Co będzie z nami dalej? Czy tak miał wyglądać początek III tysiąclecia? O co w tym wszystkim chodzi? Pytania, pytania, pytania...
Z pewnością ma rację autor słów komentarza, że „już nic nie będzie tak jak przedtem”... 

Gdy tak nad tym wszystkim łamię sobie głowę, to dochodzę do wniosku, że jedną z fundamentalnych przyczyn tego typu wydarzeń jest jakaś ogromna niewdzięczność człowieka wobec Pana Boga. Człowiek zapomina kim jest, skąd przychodzi, po co żyje i dokąd zmierza... A to przecież są podstawowe pytania – i od odpowiedzi na nie tak bardzo wiele zależy: zarówno w wymiarze jednostkowym jak i wspólnotowym. Człowiek jest istotą, która ma bardzo krótką pamięć (dobrą, ale krótką...). I tak idą w niepamięć Boże dobrodziejstwa, Boże miłosierdzie, Boże przykazania, Boża mądrość, cuda Bożej potęgi... Bo człowiekowi ciągle się wydaje, że on wie lepiej, że lepiej rozumie, że on to zrobi mądrzej, że jest inteligentniejszy, że sam sobie doskonale poradzi... A najgorzej jak się komuś coś tylko wydaje. Efekt: mamy to, co mamy...

Poddajmy się więc, póki nie jest za późno (!) leczeniu mocą Chrystusa: niech On nas uzdrowi, oczyści, wyleczy. Ale też nie zapomnijmy o wdzięczności, o uwielbieniu, o głoszeniu Bożej chwały – to jest dobra szkoła życia!

Moi Kochani – przyszłość świata nie zależy ani od sprawności funkcjonowania służb specjalnych, ani od sprawności komandosów, ani od sytuacji na giełdzie... Przyszłość świata zależy od rewolucji, która ma się dokonać w ludzkich sercach i umysłach. Chciałbym więc Was wszystkich wezwać w tym miejscu i w tym momencie do „świętej wojny” (oczywiście nie z użyciem przemocy, terroru i broni), która będzie walką o kształt człowieczego serca, o sposób myślenia młodego pokolenia, o silną i dobrą wolę dla każdego z nas. Potraktujcie tę naukę rekolekcyjną jaką swoistą „kartę mobilizacyjną” na „wojnę” bezkrwawą, ale i trudną – i do tego konieczną, jeśli chcemy nie tylko słowami lecz czynem budować Cywilizację Miłości. To nie jest wojna przeciwko komuś, lecz walka o „coś”... Orężem naszym będzie miłość, prawda, sprawiedliwość, odpowiedzialność. Tylko w ten sposób: zwyciężając zło dobrem, przyczynimy się do skutecznego rozszerzania Bożego Królestwa i przeciwstawimy się szalejącej nawałnicy zła... I jeszcze jedno: Bóg będzie po naszej stronie, bo Bóg jest zawsze po stronie człowieka! Dlatego nie uciekajmy w alkoholowe upojenie, w narkotyczne odloty, w przyjemność za każdą cenę, w seksualne wyuzdanie, w pogoń za forsą, w pielęgnowanie niezdrowych ambicji, w infantylność, ale „bierzmy byka za rogi” i postarajmy się, by Boże działanie nie było, z naszej winy (!), osłabione – pozwólmy sobie pomóc! A że tej kuracji potrzebujemy, że cud jest nam koniecznie potrzebny, to chyba nikogo nie trzeba przekonywać... Jak pisał przed laty Żychiewicz: Kłaniamy się tym, którzy mogliby nas kopnąć, ale lepiej żeby nie, i odmawiamy szacunku tym, których szanować po prostu nie wypada. Klaszczemy w dłonie, ponieważ ktoś patrzy, i mruczymy poufne anegdotki pod kaloryferem, ponieważ nikt nie patrzy. (...) Jesteśmy w porządku: pielęgnujemy grzeczne niechęci na rozkaz, kochamy wedle mody, naśliniony paluszek wystawiamy: skąd wieje wiatr. Nikogo nie zabiliśmy. Jeśli ukradliśmy, to chyba tylko cudzy pomysł albo cudzą pracę. Jeśli oszukaliśmy, to zawsze kulturalnie i w ścisłej zgodzie z kodeksem towarzyskim. Jeśli kłamiemy, to tylko dlatego, że inaczej żyć niepodobna. Boże, bądź miłościw!

Jeśli rzeczywiście zależy nam na losach świata i zdrowej przyszłości ludzkości, to należy, jak powiedzieliby Amerykanie: go back to the roots, czyli trzeba wrócić do korzeni – po prostu trzeba! Musimy sobie przypomnieć te wartości, na których powstawała nasza cywilizacja, i choć mamy już XXI wiek, to pamiętajmy, że pewne wartości są nieprzemijające. Te nasze korzenie, te nasze źródła, te priorytety, trzeba na nowo sobie przypomnieć, utrwalić i z Bożą pomocą wcielać w życie. Bo to już nie są przelewki! Tu każdy z nas staje przed hamletowską alternatywą: BYĆ albo NIE BYĆ. Choć jak popatrzymy wkoło to może więcej racji ma Edyta Geppert, kiedy śpiewa: być czy bywać... My ludzie przełomu wieków właśnie tak czasami „bywamy”, i dlatego trzeba porzucić wszelkie maski, pozory, ułudy, a zacząć żyć pełnią życia, szukać szczęścia tam, gdzie je można znaleźć, i nie zapominać o wdzięczności... 
Bo życie to jest rejs, to ciągła (i do tego czasami nieoczekiwana!) zmiana miejsc, to ciągła walka z busolą, to ciągłe szukanie nowych gwiazd, i nienazwanych miast, i jeszcze kogoś, żeby był... Właśnie: był...

 

Ks. Jacek Staniek SChr.
e-mail: staniek@hotmail.com


Copyright  (c)  2001  Polska Misja Katolicka AmsterdamList do PMK Amsterdam
Ostatnia modyfikacja:  22-12-2001