Internetowe Rekolekcje Adwentowe *2003
"Tryptyk Rzymski w Amsterdamie"

 
REDDOT.GIF (327 bytes)  M I Ł O Ś Ć
(III Niedziela Adwentu)

 

Zdumienie, od którego rozpoczęliśmy nasze zamyślenia prowadzi nas do prawdy o człowieku – prawdy wpisanej w początek i kres, prawdy odczytywanej w Bogu – jak powie Jan Paweł II „w biologię rodzenia wpisana jest genealogia osoby”. 
Ważne jest to słowo „genealogia”. Ono prowadzi nas niejako naturalnie do słowa „genesis. Geneza to początek, ale to także wyjaśnienie czegoś, co jest już poza empirią, doświadczeniem, dowodem logicznym. To po prostu – dotyk tajemnicy.

Dzisiejsza część tryptyku prowadzi nas krok dalej – poprzez dzieje Abrahama – ojca prowadzi nas do tajemnicy Boga Ojca, poprzez dzieje Izaaka, prowadzi nas do Chrystusa – a wszystko to po to, abyśmy odkryli w sobie tajemnicę naszego dziecięctwa, synostwa w Bogu. 
Ostatecznie bowiem jest tak, że człowiek jest nie tylko „partnerem nieskończonej bliskości Boga”, jak pisał kiedyś o tym jeden z największych teologów minionego wieku Karl Rahner, ale człowiek jest synem Boga. To określa szczególne, wyjątkowe partnerstwo. 

Trzecia cześć tryptyki rozpoczyna się zapisem epopei Abrama – człowieka, który porzuca swoje życie, stabilizację życiową, kulturę, wiarę, by iść za Głosem. Ci z nas, którzy stali się uczestnikami emigracji znają doskonale, z własnego doświadczenia tę siłę nadziei – porzucić to, co się posiada, porzucić także w pewnym sensie to, kim się jest i jak się jest – wszystko to po, by pójść z głosem obietnicy.  
Głos niesie obietnicę, coraz trudniejszą do weryfikacji – mimo upływu lat Abram wciąż słyszy – iż będzie ojcem. I dopiero w końcu, gdy biologia zawodzi, gdy biologia przeczy – Abraham staje się ojcem! 
Ale właśnie wtedy – gdy zdaje się, że minimum obietnicy zostało spełnione (miał być ojcem wielu narodów, faktycznie okazał się być starym ojcem jednego syna) – wtedy przychodzi próba. Głos wypowiada ostatnie i ostateczne wezwanie, a potem milknie:

 

Tym milczeniem znów się zapadał w głuchy ostęp. 
Słyszał Głos, który go prowadził. 
Teraz Głos umilkł. 
Został sam ze swym imieniem 
Abraham: Ten, który uwierzył wbrew nadziei. 
Za chwilę zbuduje stos ofiarny, 
rozpali ogień, zwiąże ręce Izaaka - 
i wówczas - co? zapłonie stos... 
Widzi siebie już ojcem martwego syna, 
którego Głos mu dał, a teraz mu odbiera?

Abrahamie, który wstępujesz na to wzgórze w krainie Moria, 
jest taka granica ojcostwa, taki próg, którego ty 
nie przekroczysz. 
Inny Ojciec przyjmie tu ofiarę swego Syna.  
Nie lękaj się, Abrahamie, idź dalej przed siebie 
i czyń, co masz czynić. 
Ty będziesz ojcem wielu narodów,  
czyń, co masz czynić, do końca.

On sam powstrzyma twą rękę, 
gdy będzie gotowa zadać ów ofiarniczy cios...

 

Tryptyk Rzymski - "Rozmowa ojca z synem w krainie Moria"
(
korzystamy z nagrania za zgodą
Wydawnictwa św. Stanisława w Krakowie
czyta Krzysztof Globisz - Kraków )

Wydarzenie spod góry Moria… Nie doszło na niej do fizycznej ofiary Izaaka, ale przecież na tej górze faktycznie Abraham złożył Bogu w milczeniu i zawierzeniu ofiarę ze swego syna – znajdzie swoje dopełnienie w ofierze Chrystusa. A ta ofiara zaczyna się już właściwie za kilka dni, w momencie Narodzin, gdy Bóg staje się człowiekiem, uczestnikiem ludzkich ograniczeń, cierpień, zmagań…  
W jednym i drugim przypadku - ważne jest dostrzeżenie kilku spraw.

Po pierwsze - ważne jest dostrzeżenie pierwszeństwa miłości tworzącej osobę przed miłością, którą osoba daje z siebie. Co to znaczy? Zanim Abraham wypowie siebie w ofierze syna – tworzy miłość do niego w sobie, poprzez oczekiwanie, poprzez wiarę w obietnicę, poprzez radość z syna – to wszystko odnosi go od syna, ale ostatecznie i przede wszystkim do Boga, który jest Dawca obietnicy. Zanim Chrystus wypowie siebie w ofierze – rodzi się w przestrzeni miłości Ojca do Syna i Syna do Ojca. 
To zaś wskazuje na bardzo praktyczne sprawy. 
Nietrudno zauważyć, że dzisiaj niejednokrotnie rozdawana jest miłość w różnych formach i postaciach - niekiedy bardzo przekonujących (wystarczy spojrzeć na wielkie akcje charytatywne świeckie, gigantyczne koncerty charytatywne itp.). Nie zawsze jednak poprzedza to rozdawnictwo - miłość konstytuująca osobę (w tych akcjach człowiek nie daje, bo miłuje, ale daje, bo się może zareklamować…, bo przy tym można się pokazać, można się dobrze sprzedać…. Kupione na aukcji szczerozłote serduszko jest i tak malutkim wkładem finansowym w niemal w tej sytuacji darmową reklamę osoby, firmy czy instytucji w porównaniu z realnymi kosztami reklamy).  
Nadto istotnym problemem przeczącym zasadzie darowania, (człowiek daruje siebie, bo po prostu taka jest konsekwencja doznawanej, przeżywanej w sobie miłości) - są dodatkowe zjawiska anty-miłości. Tak śmiem twierdzić, bo nie mogę uznać autentycznej miłości bytowej w człowieku rozlepiającym serduszka i promującym sekty, narkotyki i alkohol na spotkaniach młodzieżowych. 
Jakaś sfera tego problemu jest widoczna też w Kościele. Czyż nie jest bowiem tak, że miłość łatwo jest uczytelnić w instytucjonalnych akcjach (Caritas), ale powiedzmy szczerze – ileż kłopotów bywa z doświadczeniem wspólnoty Kościoła…

Centralny dialog miłości w dziejach zbawienia – zauważmy to - nie jest w akcji stworzenia świata, ale w zrodzeniu Syna przez Ojca (absolutnie nie-medialnym wydarzeniu, wydarzeniu bez właściwie wydarzenia!). Oto Syn otrzymuje wszystko od Ojca, ale otrzymuje w bezwzględnym posłuszeństwie - dzięki temu, to wszystko, co od Ojca, zostaje przyjęte też - w tej samej mierze - do Ojca, otwarte na swój początek. 
Może to zabrzmi trudno, ale autorytet Ojca wyraża się tutaj zarazem w ubóstwie postawy wobec Syna, w milczącej otwartości, w nadziei pokładanej w Synu. Odpowiedź Syna jest zgodą na otrzymywanie swego życia w dynamicznej relacji - wydania i ponownego otrzymania - śmierci i zmartwychwstania. 
Warto zauważyć rzecz jeszcze jedną - z tym wydarzeniem związana jest charakterystyczna "nieobecność Ojca". Ojciec milczy – od chwili Wcielenia i Narodzenia (zamiast Ojca przemawiają co najwyżej Aniołowie), dramatycznie też milczy w czasie męki i śmierci Syna. Aż chce się powiedzieć – „nieobecny Bóg”…

A może raczej – jest to ukryty majestat Ojca?  
I to swoiste ukrycie się jest pewną formą obecności; oznacza wyzbycie się bogactwa jako ubóstwo. W to miejsce ubogie i ubogiego pojawia się panowanie poprzez służbę. Warto w tym miejscu przywołać przypowieść o talentach.

Pan rozdał cały majątek swoim sługom, podzielił wszystko i odjechał. Charakterystyczne jest właśnie owo oddalenie się Pana, zniknięcie z p[przestrzeni dramatu. Dlaczego tak się dzieje? Jeden z teologów pisał: „On się ukrywa dając swym ojcowskim ubóstwem możliwy impuls obdarowanemu: mocą swego ukrycia wyzwala inicjatywę, żywiąc nadzieję, że jego impuls, rozdanie swego mienia, przeobrazi się w czyn" (F. Ulrich) 
Ojciec – Pan ukryty, który wyjechał… Owo odjechanie – oznacza zarazem Jego całkowitą i bezwarunkową obecność w przekazanym majątku. On zostawił siebie w tym, co zostało powierzone ludziom. I trzeba dostrzec także i to, że w ofierze Chrystusa jest tak dalece w Nim obecny Ojciec, że aż niezauważalny – po prostu, On jest w NIM obecny!  
Rzecz w tym, że ta pozorna „nieobecność" Boga domaga się naszej odpowiedzialności, naszej przedsiębiorczości, przełamywania dotychczasowych schematów - także w drobiazgach - por. codzienne warunki życia, bycie w pewnej mniejszości w swoim środowisku, cały szereg spontanicznych inicjatyw – nie zorganizowanych odgórnie.  
To właśnie ukryty Bóg wyzwala w nas impuls działania miłości obleczonej w czyn! 
Tak się przecież dzieje od chwili Narodzin, gdy trzeba podjąć tyle ludzkich działań, przedsiębiorczości, by… znaleźć miejsce na ziemi dla przychodzącego Boga! Zadziwia zarazem to, że ten czyn miłości związany jest z cierpieniem – to jakoś poraża i przeraża, choć … zarazem potwierdza, że Słowo Boga zostaje wyrażone przez Jezusa „w powszechnie zrozumiałym języku męki i śmierci". A pierwszym słowem tego języka stają się narodziny za zamkniętymi drzwiami, na obojętnej ziemi, jako obcego wśród obcych… 
To wszystko pozwala zrozumieć, że męka i śmierć nie są wymuszone, lecz pochodzą z miłości, nie są rzucone przypadkowo, lecz wypływają z posłuszeństwa.

Bardzo tajemniczo, a zarazem tak bardzo realnie współbrzmią ze sobą jednym dźwiękiem te słowa: miłość - wolność – cierpienie.  
Bóg poprzez radykalną miłość naraża się na cierpienie, od chwili narodzin Syna. Ale taka jest cena wolności…

Z tych powyższych rozważań, być może na pozór bardzo teoretycznych wynikają jednak pewne ważne prawdy. Najpierw ta, że cierpienie jest nawet w Bogu, skądinąd niezmiennym. Ono w Nim jest, w sposób tajemniczy, ale zarazem nam pomagający przeżyć nasze cierpienia…

Dalej, ważną prawdą jest ta, że temat cierpienia – i ofiary - jest tematem wskazującym na wrażliwość, na zaangażowaną miłość.  
Pamiętam z lat pracy duszpasterskiej, tuż po święceniach przedziwne chwile w spotkaniach z moimi młodymi przyjaciółmi. Byli w klasie maturalnej, pochłonięci życiem, zabawą, poważnymi projektami i gadaniem o niczym… I gdy w trakcie takiego tygla wrzawy i „wygłupów”, ktoś puścił z taśmy, albo zaintonował piosenkę „Lombardu” – coś w tych ludziach się zmieniało. Coś zawiązywało im języki i kazało otworzyć umysły…

      Na życie patrzysz bez emocji,
Na przekór czasom i życiu wbrew,
Gdziekolwiek jesteś w dzień czy w nocy
Oczyma widza oglądasz grę
Ktoś inny zmienia świat za ciebie
Nadstawia głowę podnosi krzyk
A ty z daleka bo tak lepiej
I w razie czego nie tracisz nic

Przeżyj to sam
Przeżyj to sam
Nie zamieniaj serca w twardy głaz
Póki jeszcze serce masz

Wczoraj widziałem znów w dzienniku
Zmęczonych ludzi wzburzony tłum
I jeden szczegół wzrok mój przykuł
Ogromne morze ludzkich głów
A speaker cedził ostre słowa
Od których nagła wzbierała złość
I począł w tobie gniew kiełkować
Aż pomyślałeś milczenia dość

Przeżyj to sam ...

Wrażliwość – ma się dokonywać w kręgu nie tylko i nie tyle spektakularnym, co w kręgu najbardziej konkretnym własnym - np. w swoim własnym domu, w środowisku pracy, w gronie rodziny, w środowisku parafii… w relacji z kolegą zwolnionym z pracy, koleżanką szukającą środków do życia… 
Od czasu Chrystusa, Boga wcielonego muszę powiedzieć sobie wyraźnie - Nie mogę się izolować od bólu świata. 
Nie mogę się izolować, nawet wówczas, gdy jestem porażony tym cierpieniem. Bo cierpienie świata, nasze – będzie trwało zawsze, gdyż ono wyrasta z napięcia wolności i miłości. Chrystus i Jego cierpienie nie tyle odpowiadają nam, przygiętym problemem sensu cierpienia na pytanie - dlaczego cierpienie? co - jak przeżyć cierpienie? –  
Bo cierpienie to nie teoria, lecz egzystencja, życie…

 

Bo Bóg Abrahamowi objawił, 
czym jest dla ojca ofiara własnego syna - śmierć ofiarna. 
O Abrahamie - tak bowiem Bóg umiłował świat, 
że Syna swojego dał, aby każdy, kto w Niego uwierzył, 
miał żywot wieczny.

 

Tryptyk Rzymski - "Bóg przymierza"
(
korzystamy z nagrania za zgodą
Wydawnictwa św. Stanisława w Krakowie
czyta Krzysztof Globisz - Kraków )

 

Zestawmy ten tekst „Tryptyku” ze słowami Jana Pawła II z jego pierwszej encykliki o Chrystusie, Odkupicielu człowieka:

Człowiek nie może żyć bez miłości. Człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, jego życie jest pozbawione sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość, jeśli nie spotka się z Miłością, jeśli jej nie dotknie i nie uczyni w jakiś sposób swoją, jeśli nie znajdzie w niej żywego uczestnictwa. I dlatego właśnie Chrystus-Odkupiciel, jak to już zostało powiedziane, „objawia w pełni człowieka samemu człowiekowi”. To jest ów - jeśli tak wolno się wyrazić - ludzki wymiar Tajemnicy Odkupienia. Człowiek odnajduje w nim swoją właściwą wielkość, godność i wartość swego człowieczeństwa. Człowiek zostaje w Tajemnicy Odkupienia na nowo potwierdzony, niejako wypowiedziany na nowo. Stworzony na nowo!

Tego spotkania z Miłością – życzmy sobie nawzajem.

 

ks. Paweł Bortkiewicz SChr.
e-mail:  bort@tchr.org  lub  pbortkiewicz@yahoo.com


Copyright  (c)  2003  Polska Misja Katolicka AmsterdamList do PMK Amsterdam
Ostatnia modyfikacja:  14-12-2003