Polska_Misja_Katolicka.gif (3325 bytes)

Msze sw. w jez. polskim w Holandii Katechizacja Ogloszenia i informacje Intencje modlitewne Ksiega Gosci
O PMK Amsterdam Szkola PMK Amsterdam Z historii naszej Misji Strony, na ktore warto zajrzec Jubileusz 2000 w Internecie
Co nowego? Katechezy biblijne dla doroslych Nasza mala czytelnia Kronika naszej Misji Polscy duszpasterze w Holandii

Internetowe Rekolekcje Adwentowe *98

III NIEDZIELA ADWENTU :
"
Żyj tą radością, dla której Chaplin wdziewał łach-
- czyli o demonie południa"

Wieniec AdwentowyDzisiejsza niedziela rozpoczyna III tydzień adwentowego oczekiwania...
Zapalmy już trzecią świecę na naszym adwentowym wieńcu...
Oto minęliśmy "półmetek"...

Ta właśnie niedziela, zgodnie ze starą tradycją liturgiczną, bywa nazywana GAUDETE - co oznacza, iż jej treścią jest radość;
radość prawdziwa i głęboka;
żywa i nieustanna...
Nie dziwi nas więc taki właśnie temat kolejnego rozważania.
Dziwić nas natomiast może dlaczego właśnie taki zestaw czytań biblijnych oferuje nam w dniu dzisiejszym Kościół (mam na myśli tekst Ewangelii).
Oto staje przed nami (podobnie jak w poprzednią niedzielę) prorok - człowiek przez Boga posłany, który jest zwiastunem Jego świętej woli.

Staje przed nami największy spośród narodzonych z kobiety: Jan Chrzciciel.
Widzimy go jako człowieka mocnego -
nie mięczaka uginającego się przy pierwszej trudności,
nie wygodnisia, dla którego przyjemność stanowi jedyną miarę wartości ludzkiego życia,
ani nie "pobożnego aktora", który co innego mówi, a co innego robi.

Jan Chrzciciel - przyjaciel Boga, zwiastun Mesjasza, mieszkaniec pustyni...
To człowiek prostolinijny, surowy i odważny - gotowy dla Bożego Królestwa ponieść każdą konsekwencję.
I właśnie dzisiaj z więziennych murów przesyła, za pośrednictwem uczniów, zapytanie: "Czy Ty jesteś TYM - czy też innego mamy oczekiwać?"
Czyżby zwątpił? Raczej, ot po prostu, po ludzku, w tym całym zamieszaniu zrodziły się w nim pytania; chciał uzyskać 100-procentową pewność...
Było to potrzebne nie tylko tym, którzy go słuchali, ale także jemu samemu, aby mógł odchodzić z pewnością, że po właściwej stronie barykady się znalazł...

A Jezus, podobnie jak w wielu innych wypadkach, nie daje odpowiedzi wprost, ale Jego słowa, nie mogą budzić najmniejszych trudności interpretacyjnych!
Teraz Jan już wiedział;
wiedział, że warto było...

Ale czy ta postać taka surowa, mocna, ascetyczna, może mieć coś wspólnego z autentyczną radością?!
Zanim odpowiemy na to pytanie, posłuchajmy co o radości piszą "mądre księgi":
"Radość to pewien rodzaj ludzkiego szczęścia, które płynie z poznania i posiadania jakiegoś dobra."

W Biblii znajdziemy nawet teksty mówiące o radości samego Boga. Radość nie była obca Chrystusowi i pozytywnie patrzył na ludzką radość. Źródłem Jego najgłębszej radości był związek z Ojcem i Duchem Św.

Ludzka radość ma wiele stopni i odcieni. Jako pierwszy stopień dostrzegamy radość życia, na którą składają się rzeczy wielkie i małe (Pismo św. akcentuje mocno w tym kontekście życie rodzinne). Bóg nie jest wrogiem radości. Ale potępia radość przewrotną, której źródłem jest zło.
Drugi stopień radości to: radość duchowa, czyli inaczej - religijna. Rodzi się ona w sercu człowieka pod wpływem bliskości Boga (Najwyższego Dobra) oraz z uczestnictwa w zbawieniu. Swój wyraz znajduje ona (m.in.) w obchodach liturgicznych.
Można też mówić o radości mesjańskiej, a raczej o radości czasów mesjańskich. W ten sposób przyjście Jezusa staje się przyczyną naszej radości.

Trzeba pamiętać, że ostatecznym źródłem radości zarówno dla Jezusa jak i dla Jego uczniów jest Duch Św.
Poza tym radość w Nowym Testamencie jest nierozerwalnie związana z krzyżem oraz posiada zabarwienie eschatologiczne ("cierpienie się kiedyś skończy, a uczestnicy godów Baranka zostaną napełnieni radością bez końca")."
(J. Kudasiewicz)

Czytając uważnie tę definicję nie możemy mieć wątpliwości, że Jan Chrzciciel był, mimo swej surowości, ascezy, mimo tego, iż "grzmiał" na swych słuchaczy, osobą pełną głębokiej radości - i to zarówno tej życiowej (potrafił poprzestać na "małym"; miał świadomość dobrze spełnionego obowiązku), jak i duchowej (był wierny Bogu, żył w zgodzie ze swym sumieniem) oraz mesjańskiej (jako jedyny z proroków ujrzał Mesjasza; miał zaszczyt wskazać Baranka Bożego).

W ten sposób rozumiemy, że postać Jana Chrzciciela nie stanowi zgrzytu, ale dopełnienie meritum dzisiejszej niedzieli!

Ale jak w takim razie rozumieć tytuł dzisiejszych rozważań?
"Żyj tą radością dla której Chaplin wdziewał łach..."
Dla przypomnienia - Charlie Chaplin (1889-1977) - angielski aktor, reżyser i scenarzysta; twórca klasycznej komedii filmowej, występował przeciwko złu i niesprawiedliwości ("Brzdąc", "Dyktator", "Światła rampy"); nagrodzony Oscarem.
Oto człowiek, którego kojarzymy ze "Starym kinem", melonikiem, laseczką i śmiesznym sposobem chodzenia. Ilu ludziom, poprzez swą twórczość, dał choć szczyptę radości, ilu rozweselił, ilu wzruszył, ilu natchnął do bycia lepszym człowiekiem - a przy tym nie bał się walczyć, na swoją miarę i zgodnie ze swymi możliwościami, o lepszy, godny człowieka, świat?!

Tak, tu nie zaszła żadna pomyłka: po prostu żyj tą radością, dla której Chaplin wdziewał łach!
Wdziewał go po to, aby ludzi bronić przed beznadziejnością,
aby na twarzach, na których troski i problemy wyżłobiły głębokie bruzdy, zakwitnął szczery uśmiech dziecka,
aby pokazać głupotę i okrucieństwo zła, a jednocześnie piękno bycia szlachetnym.

Zasada jest prosta: żeby coś dawać - trzeba to mieć.
Abym mógł, jak Chaplin obdarowywać radością, muszę ją mieć w sobie (i to w nadmiarze). Aby ta radość była pełna, powinna się realizować we wszelkich jej wymiarach: ludzkim, religijnym, mesjańskim.
Nie będzie nic nowatorskiego w stwierdzeniu, że źródłem takiej radości (niewyczerpanym!) jest sam Pan Bóg. Oznacza to, że im bliżej źródła ktoś się znajduje, tym "wydajniej" może z niego korzystać.

I choćbym miał "wdziewać łach", to będę zarażał innych radością!

"Znany pisarz Julien Green, krótko przed swym nawróceniem, stawał u bramy kościoła i obserwował... Myślał tak: skoro oni rzeczywiście wierzą w to, w czym uczestniczą, powinni wychodzić z kościoła z jaśniejącymi twarzami, z oczyma rozpalonymi światłem, z ogniem w sercu. Tymczasem widział przed sobą ludzi bezbarwnych, nadąsanych, o bezdusznych obliczach..."

W radości, podobnie jak w wielu innych rzeczach, trzeba być wytrwałym.

Jak już wspomniałem, minęliśmy "półmetek"... Warto pamiętać o zjawisku, które teologia duchowości nazywa acedią (wyczerpanie, przygnębienie, znudzenie), a które można też określić mianem: demon południa.

Wiąże się to z sytuacją mnicha, który w upalne, pustynne południe, dawał się owładnąć temuż demonowi. Pragnął wtedy opuścić swą celę, swoje zajęcia, swoją sytuację życiową. Oczywiście tradycja teologiczna nie ogranicza tego zjawiska wyłącznie do życia zakonnego. Co godne podkreślenia (w naszych rozważaniach) demon południa wiąże się ze s m u t k i e m - czyli zaprzeczeniem radości.
Chodzi tu o taką sytuację, gdy już wiele zrobiłem, ale do celu jeszcze bardzo daleko;
sytuację, w której nie wiadomo co zrobić, bo i do startu i do mety jednakowo daleko (początek się jakoś rozmył, a końca nie widać).

W tym zjawisku znajdujemy jakby echo najstarszej pokusy, której nie wolno ulec, lecz powierzyć się, z jeszcze większą ufnością, Bożemu miłosierdziu.

I my też osiągnęliśmy jakiś "środek" - tzn. nasza wędrówka adwentowa już trwa jakiś czas, ale do świąt jeszcze daleko...
Może wtedy pojawić się demon południa, który będzie chciał,
bym zostawił swe dobre postanowienia,
bym się tak wszystkim nie przejmował,
żebym "dał sobie na luz",
żebym zwątpił...
- tylko, że wtedy pojawi się smutek,
zły smutek, który będzie "wysysał" ze mnie prawdziwą radość.

Lekarstwem na to jest trwać (mimo wszystko) w radości.
NIE DAĆ SIĘ!

Naszą mocą jest Duch Prawdy, który jest źródłem radości - byle bym tylko chciał z niego czerpać...

W "południe naszego adwentu", w "południe mego życia", w "południe mego powołania" pragnę na serio potraktować słowa: "pokrzepcie ręce osłabłe, wzmocnijcie kolana omdlałe; powiedzcie małodusznym: ODWAGI!"
Nie mogę zwątpić w przyszłość,
nie mogę ulec złudzeniu, że nie ma perspektyw,
nie mogę przestać robić tego, co do mnie należy.

Myślę, że dobrą metodą, która pozwoli nam przezwyciężyć demona południa, jest nie tylko posiadanie radości, ale d a w a n i e radości (zgodnie z regułą, że smutek dzielony jest tylko połową smutku, a radość dzielona, jest podwójną radością!)
- nawet wtedy (a może szczególnie wtedy?) gdy samemu jest się w trudnej sytuacji, gdy serce targane niepokojem, a łzy same cisną się do oczu.
Wtedy zmuś się i daj innym radość, a zobaczysz, że i na Twoim niebie wzejdzie słońce...

Przypomnijmy sobie słowa św. Pawła: "zawsze się radujcie" - ZAWSZE
(nie tylko wtedy, gdy kupię sobie nowe auto,
dostanę podwyżkę,
awansuję;
nie tylko wtedy, gdy się zakocham,
gdy dostanę dobrą ocenę,
czy zdam egzamin;
nie tylko wtedy, gdy operacja przebiegnie pomyślnie,
gdy dzieciom się powodzi,
gdy mam co jeść;
nie tylko wtedy, gdy mnie chwalą,
gdy "jestem na wozie",
czy, gdy przeprowadzą ze mną wywiad w telewizji).

Zawsze - tzn. także wtedy, gdy nic mi nie wychodzi,
także wtedy, gdy życie jakby się "rozlatywało",
wtedy, gdy dzieci "niezbyt" i zdrowie nie to,
wtedy, gdy się ze mnie śmieją
i gdy ledwo wiążę koniec z końcem,
po prostu: zawsze.

I należy to rozumieć w ten sposób, że radość jest wolą Bożą!

"Radość ewangeliczna to nie ta, której doznaje się gdy wszystko idzie dobrze, ale ta, która nie ustaje, mimo, że sprawy nie rozwijają się po naszej myśli (...). Chrześcijanin, który utracił radość, musi spytać poważnie, czy przypadkiem nie stracił Chrystusa (...). Wierzący nie może być kretem, który ukrywa radość w swych podziemnych chodnikach (...). Nie, musi ją wyciągnąć na zewnątrz, wynieść na światło już w tym życiu" (A. Pronzato).

Gdy więc teraz już wielkimi krokami zbliżamy się do świąt, nie ulegajmy demonowi południa ("przybądź o Panie, aby nas wybawić"), ale wykorzystując, dary i talenty, żyjmy radością i obdarowywujmy nią dzisiejszy świat, tak bardzo smutny i jej spragniony...

A na koniec jeszcze parę pytań:

  • czy potrafię umiejętnie łączyć: konsekwencję z łagodnością, ascezę z pogodą ducha, uśmiech z poważnym traktowaniem swych zadań?
  • czy umiem cieszyć się ze zwykłych rzeczy, które są przecież "niezwykłe"?
  • czy daję innym radość - poprzez rozładowanie napiętej sytuacji, opowiedzenie dowcipu, szczery uśmiech (nawet przez łzy)?
  • czy nie ulegam zbyt szybko zniechęceniu w realizowaniu wyznaczonych mi celów?
  • z jakim nastawieniem i w jakim nastroju wychodzę z niedzielnej Eucharystii?
  • czy rozumiem, że największą radość daje głęboka zażyłość z Panem Bogiem?

Zakończmy konkluzją ks. Niewęgłowskiego:
"W atmosferze przygotowań można przeoczyć powód i sens świętowania. Celebracja Bożego Narodzenia tylko zewnętrzna pozostawi zaledwie pamięć podarków, znikający zapach zielonego drzewka i ości po karpiu w galarecie. Jeszcze raz stanie się jedynie pretekstem dla sentymentalizmów, wzruszeń, tanich pocieszeń oraz luksusu uznania siebie (raz w roku) za człowieka dobrego.
Gdy zatem będzie przygotowany już dom, choinka, stół, opłatek, zwołane grono rodziny i przyjaciół celebrujących święta, aby nie zaistniał gest pusty, nie może zabraknąć głównego bohatera, Jezusa Chrystusa."
"...przyjście Pana jest już bliskie"...

Ks. Jacek Staniek SChr.
e-mail: staniek@hotmail.com


Copyright  (c)  1998 Polska Misja Katolicka AmsterdamList do PMK Amsterdam
Ostatnia modyfikacja:  19-12-2001