Polska_Misja_Katolicka.gif (3325 bytes)

Msze sw. w jez. polskim w Holandii Katechizacja Ogloszenia i informacje Intencje modlitewne Ksiega Gosci
O PMK Amsterdam Szkola PMK Amsterdam Z historii naszej Misji Strony, na ktore warto zajrzec Jubileusz 2000 w Internecie
Co nowego? Katechezy biblijne dla doroslych Nasza mala czytelnia Kronika naszej Misji Polscy duszpasterze w Holandii

Internetowe Rekolekcje Adwentowe *99

REDDOT.GIF (327 bytes) Zagubiliśmy radość i trzeba ją odszukać...
(nauka wstępna)

 

Wieniec adwentowyStajemy w przedsionku ważnego czasu. Każdy przełom, każde przejście zawiera w sobie ziarenko tajemnicy Nowego i impuls do poukładania starych, zakurzonych nieraz spraw. Tym bardziej, kiedy idzie aż tak nowy czas. To naturalny, a czasem bardzo silny bodziec dla każdego, nawet dla tych najbardziej zagonionych. Gdzieś pomiędzy poszukiwaniem kreacji na noworoczny bal, sprawunkami już prawie świątecznymi, niemal każdy doznaje nagle potrzeby zatrzymania, a przynajmniej zwolnienia tempa, czując, że nie to jest najważniejsze, że chodzi o coś jeszcze, o coś, co nieraz w pędzie życia wymyka się człowiekowi z rąk, ale wraca, kiedy przychodzi moment refleksji. Że trzeba przecież inaczej, że można inaczej, że... jaki to wszystko ma sens?

Niech kilka rozważań na kolejne niedziele adwentu przed rokiem 2000 pretenduje do miana pomocy właśnie w tym momencie refleksji. Autor ubiegłorocznych adwentowych rekolekcji internetowych pięknie wyjaśnił podstawy, motywy i zasady takich właśnie spotkań, więc pewnie nie ma potrzeby ich powtarzać. Gdyby ktoś chciał je sobie przypomnieć, czy w ogóle poznać, to czekają na stronie http://www.pmkamsterdam.nl/PL/Rekolekcje/Rekol98.htm

Ale - teraz czas jest już nieco inny. Jesteśmy nie tylko o rok starsi, mądrzejsi. Tegorocznym Adwentem przygotowujemy się do roku wyjątkowego, Roku Jubileuszowego. Jest on zaproszeniem do nawrócenia po to, by świętować, a więc by się cieszyć. Tymczasem my zagubiliśmy gdzieś radość. Nawet my, chrześcijanie. Dlatego trzeba ją odnaleźć.

Zagubiliśmy radość. Wystarczy się rozejrzeć. Być może jest to częściowo efekt znanego już od dawna rodzaju niepokoju, określanego jako fin de siecle (koniec wieku), który zwłaszcza na przełomie tysiącleci bardzo przypomina klimatem fin du monde (koniec świata). Wystarczy wspomnieć tylko, co działo się tysiąc lat temu, jaka panika, jakie zamęty wstrząsnęły ówczesnym światem.

Być może jednak rzeczywiście coraz mniej jest powodów do radości, skoro właśnie nasze czasy zapisały się w historii świata jako najbardziej krwawe i okrutne, mimo niewątpliwego postępu także w dziedzinie nauk związanych z etyką. Zabiliśmy w tym czasie najwięcej ludzi, jednocześnie mogąc przecież największej dotąd liczbie pomóc. Wymyśliliśmy najgroźniejsze chyba z istniejących rodzajów totalitaryzmu, chociaż w poszukiwaniu człowieka w człowieku docieramy już niemal do najtajniejszych zakątków jego mózgu, nie mówiąc o sercu, czy innych organach, coraz łatwiej zastępowalnych przez nasze wynalazki.

W swojej internetowej poczcie znalazłem kiedyś anonimowy list, zatytułowany "paradoksy naszego wieku". Wiele racji ma autor, pisząc:

W takich żyjemy czasach; piękniejszych budynków, ale rozdartych rodzin, szybkich podróży, jednorazowych pieluch i równie łatwo wymiennych poglądów, jednonocnych przystanków i pigułek, które potrafią wszystko, od pobudzania do uciszania, w tym uciszania na zawsze. To są czasy, kiedy każdy człowiek ma jakby mnóstwo rzeczy na wystawie, ale pustki w magazynie. Tak rzeczywiście jest - i z czego tu się cieszyć?

Na dodatek my, Polacy, mamy jeszcze swoje dodatkowe powody. A właściwie nie powody, a bardziej zdolności do tego, by codzienność sobie dość skutecznie uprzykrzyć. Zresztą na tle przedstawicieli innych narodów jest to nie tylko zauważalny, ale jakby coraz bardziej znany problem.

Zdarzyła mi się kiedyś w pociągu dość zastanawiająca historia: Siedziałem znudzony i zmęczony już podróżą w środku pociągu, latem, z braku miejsca, niestety, w przedziale dla palących, na nieco przydługim postoju w Poznaniu. Do Warszawy było jeszcze daleko. Pociąg miał już spore spóźnienie, a na dodatek na peronie dało się słyszeć głośne męskie śpiewy. "Rezerwiści" - pomyślałem i szybciutko wzniosłem myśli do nieba, żeby wybrali sobie inny pociąg albo chociaż inny wagon. Znam jednak swojego pecha w takich sprawach, dlatego nie zdziwiłem się zbytnio, kiedy ujrzałem w drzwiach przedziału jedną, potem drugą i piątą rudą głowę. Sprawdzili numery rezerwacji i usiedli na swoich miejscach, bez żadnego wstępu zaczynając śpiewać. Ze zdumieniem rozpoznałem język angielski. Po chwili okazało się, że ci chłopcy są z Irlandii i wskoczyli na kilka dni odwiedzić kolegę o dźwięcznym imieniu Padraic, który pracuje w Warszawie. Pierwszy raz byli w Polsce siedem lat temu, kiedy pomagali koledze się urządzić. Wtedy także śpiewali wciąż stare irlandzkie pieśni, żeby Padraic jeszcze się zastanowił, teraz - żeby wrócił. Koniecznie więc chciałem się dowiedzieć, dlaczego tak mocno próbują go "ściągnąć" - czy po tych kilku latach, czy nie uderzyła ilość nowych sklepów, odnowione dzielnice, modniejsze ubrania. "Polish people are hopeless" (Polacy są beznadziejni) - usłyszałem w odpowiedzi. Całe to nasze "wejście do Europy" uszło ich uwadze jako nieważne, mało znaczące. Zauważyli natomiast, że naprawdę niewielu ludzi się uśmiecha, niewielu jest normalnie na co dzień życzliwych. Jest tylko szary smutek zwykły brak chleba humoru powszedniego. - A przecież wy też jesteście katolikami! - wtrącił jeden z nich. I to właśnie mnie zaskoczyło najbardziej. Na początku chciałem zaprotestować, że niby jedno z drugim to nie tak na co dzień, że niby nie wiadomo tak do końca, jak jest u nich, ale potem rozmowa potoczyła się już innymi torami. Dopiero po jakimś czasie zacząłem o tym więcej myśleć. - Beznadziejni!? - czyli brak nadziei. Rzeczywiście ten brak jest zauważalny. W ubiegłym roku faktycznie było to dla mnie jedno z najmocniejszych wrażeń podczas kolędowych odwiedzin w domach. Zmęczone twarze, bez tej iskierki w oku, która sprawia, że inaczej cały człowiek wygląda, że zupełnie inaczej widzi się świat, że o wiele zdrowiej podchodzi się do każdego dnia. Właściwie - że wszystko jest zupełnie inne. I tylko maleńka iskierka nadziei. Cały problem tkwi chyba w tym, że na co dzień w ogóle nie patrzymy na nadzieję z religijnego punktu widzenia. A bez nadziei o jakąkolwiek radość życia po prostu trudno.

Znajduje to odzwierciedlenie w codzienności. Na proste pytanie o samopoczucie: Comment ça va? (jak idzie?) Francuzi najczęściej odpowiadają po prostu Ça va (idzie...). Angielskojęzyczni znajomi nawet nie trudzą się wkładaniem treści w swoje How do you do? i tu naturalną odpowiedzią jest tak samo zadane pytanie. Można oczywiście mieć pretensje o sens całej takiej rozmowy, ale raczej nie do końca. Mój Przyjaciel, studiujący w Niemczech, spróbował kiedyś na pytanie Wie geht's? odpowiedzieć, że całkiem średnio. Opowiadał, że fala współczucia, a nawet zaniepokojenia, jaką wywołał przerosła jego najśmielsze oczekiwania. Jeśli nie wydarzyła się jakaś tragedia, to zwykle odpowiada się, że wszystko jest OK.

Tymczasem - niestety - Polak, właściwie na całym świecie, zapytany "Co słychać?" niemal na pewno od znaczącego machnięcia ręką zacznie ponurą opowieść. Często wręcz o tym, jak mu się od już urodzenia nie po myśli układa. I że lepiej by było gdyby... I że tamto nam nie pasuje, a ci są zupełnie nie wiadomo dlaczego naprzeciw. Narzekamy na wszystko i wszystkich, poczynając od najbliższych, poprzez szefów w pracy, znajomych (i nieznajomych) przechodniów, księżom i policjantom się dostanie, kończąc na prezydentach największych państw albo na pogodzie. Im gorzej, tym lepiej. I kiedy już utwierdzimy siebie i naszych rozmówców w przekonaniu, że świat jest do niczego i kiedy skutecznie popsujemy im humor, rozchodzimy się szczęśliwi, że choć troszeczkę żółci udało się rozlać na kogoś innego.

Przypomina się tu opowiadanie o pewnym indyjskim władcy, który z ciekawości kazał wpuścić do lustrzanej sali swego pałacu psa, ciekaw jak zareaguje na swoje zwielokrotnione odbicie. Nie zawiódł się. Pies, chcąc ostrzec ewentualnych wrogów o swojej sile zawarczał i ostrzegawczo szczeknął. Kiedy dostrzegł w lustrach wyszczerzone kły przeciwników, począł ujadać, by dodać sobie odwagi, a ich przestraszyć. I tak coraz straszniej, coraz głośniej i dłużej, aż w końcu - mówi opowieść - pies padł, śmiertelnie wyczerpany. A przecież wystarczyłoby, żeby na samym początku zamachał ogonem...

Zagubiliśmy gdzieś radość, chociaż - jak mówili moi irlandzcy znajomi - jesteśmy katolikami. Zapominamy o niej zresztą z wielu powodów - tu jako ksiądz głoszący Dobrą Nowinę też biję się w piersi. Właśnie dlatego spróbujemy w czasie rekolekcji, które rozpoczynamy, tej radości poszukać. Ona istnieje, jest darem Bożym, który tak się wśród ludzi zadomowił, że być może nawet trudno by było go całkiem wykorzenić. Radość ma przecież swoją psychologię, filozofię, niezwykłą głębię teologiczną, a nawet - w naturalnym przejawie, jakim jest śmiech -fizjologię. A jednak, mimo, że w jest zasięgu ręki, nie potrafimy o niej pamiętać.

Spróbujemy zatem poszukać radości. Spróbujemy przypomnieć sobie czym jest naprawdę radość i przyjrzeć się jej - zarówno w Słowie Bożym, jak w życiu; w świętych, którzy nią żyli, w dzisiejszym Kościele, w świecie, który nas otacza. Przyjrzymy się radości ludzi, bardzo konkretnych, rzeczywistych ludzi, potrafiących ją nie tylko z siebie wykrzesać, ale jeszcze innych taką radością rozpalić. Po to, abyśmy potrafili, kiedy Pan przyjdzie, przywitać Go naprawdę radośnie, a potem z tą radością wyruszyć w nową codzienność. Przecież jest to czas Jubileuszu, kiedy właśnie radość ma stać się podstawową treścią nie tylko święta, ale całego wręcz życia. Bo - jak zwykł był mawiać Demokryt - życie bez radości jest jak długa podróż bez gospody po drodze. Zagubiliśmy radość i trzeba ją odszukać.

 

Ks. Sławomir Murawka SChr.
e-mail:  slawek@tchr.org


Copyright  (c)  1999 Polska Misja Katolicka AmsterdamList do PMK Amsterdam
Ostatnia modyfikacja:  01-04-2001