Polska_Misja_Katolicka.gif (3325 bytes)

Msze sw. w jez. polskim w Holandii Katechizacja Ogloszenia i informacje Intencje modlitewne Ksiega Gosci
O PMK Amsterdam Szkola PMK Amsterdam Z historii naszej Misji Strony, na ktore warto zajrzec Jubileusz 2000 w Internecie
Co nowego? Katechezy biblijne dla doroslych Nasza mala czytelnia Kronika naszej Misji Polscy duszpasterze w Holandii

Internetowe Rekolekcje Adwentowe *99

REDDOT.GIF (327 bytes) Piotr Jerzy Frassati - paradoks radości i cierpienia
(III niedziela Adwentu)

 

Wieniec adwentowyDotarliśmy już do połowy adwentu, do niedzieli, która rozpoczyna trzeci jego tydzień. Ksiądz Jacek Staniek pisał w ubiegłym roku w tym miejscu o "demonie południa", który odciąga zmęczonego już człowieka od pracy, której końca - mimo włożonego wysiłku - jeszcze nie widać. Tymczasem nasze rekolekcje jakby tego wysiłku nie zakładają, nie zmuszają do podejmowania właściwie żadnej pracy. Jedynie proponują refleksję, nieśmiało tylko podprowadzając do samodzielnych wniosków. Jeśli jednak ktoś odważnie tę refleksję podejmie, to rekolekcje tak naprawdę poprowadzi sobie, w swoim sercu o wiele dalej.

Odbierając piękne listy czytelników-uczestników rekolekcji ze zdumieniem zauważyłem, jak wiele sam Pan Bóg może dokonać w sercu człowieka i jak dużo człowiek pod wpływem tak drobnego impulsu, jak niniejsze rozważania, jest w stanie sobie dopowiedzieć.
Gorąco więc zachęcamy do dalszego dzielenia się swoimi przemyśleniami - na końcu utworzą one swoiste podsumowanie tych rekolekcji.

 

Trochę przewrotnie próbujemy podjąć dziś, w niedzielę "Gaudete", najradośniejszą niedzielę adwentu, problem smutku, a właściwie cierpienia. Po to, by jeszcze raz podkreślić, że chrześcijanin (tu coraz bardziej zacieśniają się kręgi naszych rozważań) z jednej strony może się wszystkim cieszyć, ale z drugiej jego radość jest nieco inna.

Nie sądźcie, że radość polega na śmiechu; radość to rzecz bardzo poważna. (Seneka młodszy)

"Radość i nadzieja, smutek i trwoga ludzi współczesnych, zwłaszcza ubogich i wszystkich cierpiących, są też radością i nadzieją, smutkiem i trwogą uczniów Chrystusowych; i nie ma nic prawdziwie ludzkiego, co nie miałoby oddźwięku w ich sercu." - tak zaczyna się jeden z najważniejszych dokumentów Soboru Watykańskiego II, Konstytucja Duszpasterska o Kościele w Świecie Współczesnym Gaudium et spes. Rzeczywiście - te skrajnie przeciwne sobie stany ducha przeplatają się przez nasze dni częściej, niż potrafilibyśmy to sobie sami wyreżyserować. Prędkość tych zmian powoduje nieraz powstanie paradoksu obecności obydwu skrajności w sercu człowieka w tym samym czasie. Po głębszym jednak zastanowieniu okazuje się, że paradoks ów jest wytłumaczalny, a nawet - w pewnym sensie - normalny. Spodobał mi się bardzo pomysł Wacława Dąbrowskiego, który swoich uczniów po feriach zaskoczył tematem "smutna jest moja radość". Posłużył się kontrastami przepięknej kolędy, która dziwi się, że "ogień krzepnie", "blask ciemnieje" a "Nieskończony ma granice". Jeden z uczniów zasadniczej szkoły zawodowej, Konrad, wytłumaczył to sobie (i innym) przepięknym wierszem, tak właśnie zatytułowanym: "Smutna jest moja radość" (łącze na tę stronę jest wyżej zaznaczone)

Pewnie gdzieś w tym miejscu trzeba zacząć nasze rozważanie tego problemu. I paradoks i jakby rozdarcie chrześcijanina, zawieszonego pomiędzy smutkiem a radością. Kwestia nabiera ostrości, gdy przypomnimy sobie słowa Jezusa, na które zresztą już zwrócił uwagę jeden z listów uczestników naszych internetowych rekolekcji: "Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, bo będziecie smucić się i płakać" (Łk 6, 25). Czy - jeśli w tym kontekście w ogóle możemy się śmiać, czy choćby cieszyć - to nie powinniśmy czynić tego nieco "ostrożniej"?

Należy tu poczynić pewne rozróżnienie natury semantycznej. Otóż radość (według Słownika Języka Polskiego) to uczucie wielkiego zadowolenia, wesołości, wesoły nastrój, szczęście. Mówimy o niekłamanej, niezmąconej, szalonej radości. Śmiech zaś (według tegoż Słownika) jest po prostu "wyrażaniem wesołości objawiającym się ruchami mięśni twarzy i wydawaniem swoistego głosu". Okazuje się natomiast, że o ile prawdziwą radość na dłuższą metę raczej trudno "zakłamać" czy "podrobić" (mówiliśmy o tym w poprzedniej nauce), to sam śmiech, który z radości powinien wypływać, może jednak być od niej oderwany. Stąd rozróżniamy nie tylko (jak podaje Słownik) śmiech zaraźliwy, czy naturalny, śmiech dziecka, ale także śmiech obraźliwy, wymuszony, nieszczery, a nawet taki, po którym można poznać głupiego. Istnieją więc różne rodzaje śmiechu. Od razu oczywiście odrzucamy ten śmiech zły, który może być bronią (jak na przykład ironia czy satyra), złośliwością lub ucieczką. Spróbujemy zaś skupić się na tym śmiechu, który wypływa z głębokiej radości i tylko dlatego w pewnym sensie może być z nią utożsamiony.

Uczony mnich i zasłużony bibliotekarz Jorge ze znanej powieści Umberta Eco Imię róży nie chce udostępnić nikomu drugiej księgi Poetyki Arystotelesa, której ostatni odpis jest jednym z największych skarbów i tajemnic biblioteki klasztornej. Księga ta - jak się później okazuje - analizuje problem śmiechu.
Ślepiec Jorge nie potrafi zrozumieć, że śmiech może być przedmiotem filozofii, a nawet teologii. Uważa, że śmiech podważa wszelkie autorytety, wyzwala ludzi ze strachu i stawia cały świat do góry nogami. Dlatego za wszelką cenę, nawet za cenę kolejnych zbrodni, nie dopuszcza swoich współbraci mnichów do czytania tej tajemniczej księgi, a tym samym do odkrycia pozytywnej roli śmiechu.

Spośród rzeczy przyjemnych te radują najbardziej, które zdarzają się najrzadziej. (Demokryt)

Jest wiele miejsc w Biblii, które opisują śmiech negatywnie; Psalmy przestrzegają, by nie dawać powodów do śmiechu z siebie, a Bogu przypisują naigrawanie się z grzesznika, cały dramat Hioba jest na początku wyśmiany, nawet sprawiedliwi śmieją się tam tylko drwiąc. Księga surowego Koheleta jednak podpowiada, że jest w życiu czas płaczu i czas śmiechu, a mądry człowiek ten czas potrafi rozpoznać. Naród Wybrany słusznie też tęskni do czasów, kiedy "usta były pełne śmiechu, a język śpiewał z radości".
Warto natomiast bardzo mocno podkreślić, że w cytowanej już Mowie na Górze Jezus uczy również tak: "szczęśliwi, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie" (Łk 6, 21). Świadczy to, że śmiech sam w sobie jednak nie jest czymś złym, skoro jest OBIECANY uczniom w czasach mesjańskich. Ten bowiem śmiech pochodzi z dobrego źródła, z prawdziwej radości.

Chrześcijanin więc umie śmiać się i płakać, rozpoznając otaczającą go rzeczywistość. Jest nawet jednocześnie "jakby smutny, lecz przecież radosny" (2 Kor 6, 10), co może być niezrozumiałe, dopóki staramy się naszymi sztywnymi pojęciami opisać tę prawdę. Kiedy się nad nią zastanowimy, to możemy dojść do wniosku, że nie chodzi o przeciwstawienie sobie tych postaw, lecz o dwa bieguny tej samej rzeczywistości, o swoiste rozpięcie pomiędzy tymi pozornymi przeciwieństwami. To tak, jak o naszym Ojcu w niebie mówimy, że jest jednocześnie nieskończenie miłosierny ale i sprawiedliwy. Taki właśnie jest biblijny sposób patrzenia.

W ogóle podstawą cierpienia jest trwanie, podstawą radości zaś jest chwila. (Hebbel)

Żeby tę wyjątkową, chrześcijańską radość dobrze zrozumieć, trzeba jednak patrzeć od wewnątrz, być wierzącym, próbować przynajmniej żyć tą specyficzną nadzieją na wieczność. Komuś bowiem, kto patrzy z boku na ucznia Chrystusa może się rzucać w oczy przede wszystkim jego cierpienie, wyrzeczenie i ubóstwo. Powodów do radości zaś nie dostrzega, bo nie rozumie po prostu chrześcijańskiego sensu życia, sensu, który nie tutaj, nie na ziemi znajduje swe wypełnienie.

Dlatego dzisiaj chciałbym zwrócić szczególniejszą uwagę na radość obecną w świętych. Wielu znanych bardzo świętych swoim życiem, a często i nauczaniem wytyczało szlaki do świętości poprzez radość, a właściwie do świętości i radości. Poczynając od samej Maryi, którą w Litanii Loretańskiej nazywamy "Przyczyną naszej radości", śmiało możemy dalej wymienić świętych: Augustyna, Bernarda, Dominika, Ignacego Loyolę, Jana od Krzyża, Teresę z Avila, Franciszka Salezego czy Jana Bosco - można znaleźć wiele dowodów ich niezwykle radosnego podejścia do życia. Pewnie warto w tym miejscu też wspomnieć choćby zdjęcia Jana Pawła II i Matki Teresy, trzymających się za ręce i śmiejących serdecznie.

Piotr Jerzy FrassatiZatrzymajmy się jednak chwilę nad człowiekiem chyba równie bliskim naszym czasom - nad Piotrem Jerzym Frassati. Wcale nie trzeba zbyt uważnie wczytywać się w opowieści o nim, by zrozumieć, jak niezwykły to był człowiek. Szczegółowe informacje można znaleźć w wielu miejscach, także w internecie, zaczynając na przykład na tej stronie. W tym miejscu chciałbym jednak skupić się właśnie na tej pozornej grotesce smutku i radości, a właściwie śmiechu i cierpienia, tak mocno obecnej w jego życiu, zwłaszcza w jego ostatnich dniach.

Przez całe swoje dwudziestokilkuletnie życie był niezwykle radosny. Zawsze niemal dusza towarzystwa, żywym i inteligentnym dowcipem umiał ująć wszystkich wokół. Nie przeszkadzało mu to w niezwykle gorącym poszukiwaniu bliskości Boga, na przykład w codziennej Komunii świętej. Ogrodnik Frassatich potwierdza, że budził Piotra skoro świt uderzeniem bambusowego kija w okno, albo w jeszcze bardziej wymyślny sposób: Jerzy przywiązywał sobie linkę do ręki lub nogi i spuszczał ją przez okno. Rano ogrodnik pociągał za sznur, a zadowolony Piotr w chwile później biegł do kościoła. O tych porannych wypadach nic nie wiedzieli jego (obojętni religijnie) rodzice. Tak zresztą, jak nie wiedzieli o większości jego kontaktów z biednymi i potrzebującymi.

Ta jego naturalna żywotność i radość została w ostatnich dniach wystawiona na próbę bardzo bolesną. Od ludzi, którym pomagał zaraził się paraliżem dziecięcym (chorobą Heinego-Medina) i w ciągu tygodnia, po ogromnych cierpieniach zmarł. Jego siostra Luciana w swoich wspomnieniach tych ostatnich dni zawarła cały swój ból, ale i podziw dla brata, którego odkryła właściwie dopiero w momencie pogrzebu. Zebrało się na nim mnóstwo nieznanych rodzinie ludzi, dla których już wtedy Piotr Jerzy był po prostu świętym. Luciana pisze swoje opowiadanie z perspektywy czasu, dostrzegając jednak także w tych dniach nie tylko wrodzoną radość, ale i psotliwość swojego brata. Wielokrotnie śmiesznie dokuczał i przedrzeźniał bliskich, by odsunąć ich uwagę od swojego cierpienia. Częściowo wynikało to z jego pogodnej natury, ale także ze świadomości bliskości Boga, który nie tylko daje radość, ale sam nią jest.

Szczęście jest naszą matką, nieszczęście - wychowawcą. (Charles Montesquieu

Takich przykładów radości w cierpieniu znaleźć można wśród chrześcijan wiele, już od czasów prześladowań rzymskich cesarzy. Ogromną moc ma świadomość, że On jest przy nas, że idzie z nami drogą i - jeśli tylko pozwolimy Mu się do nas odezwać, to nie pozwoli nam stracić z oczu naszego ostatecznego celu, który nadaje sens i wartość całemu życiu, nawet wtedy, gdy jest trudno. A może zwłaszcza wtedy?
Gdybyśmy i my tak normalnie, na co dzień pamiętali, że On nas prowadzi do Miasta Świętego, o którym czytamy w Apokalipsie, że tam mamy przygotowaną "ucztę z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win", że wtedy "raz na zawsze zniszczy śmierć" i "otrze łzy z każdego oblicza" (Iz 25, 6-9), że z każdym dniem w końcu zbliżamy się do przekroczenia Progu - gdybyśmy o tym pamiętali, to zupełnie inaczej wyglądałaby nasza codzienność.

Tutaj można się zdenerwować; "ten ksiądz straszy nas śmiercią", "to już nie te czasy, żeby tak przemawiać...). Rzeczywiście w wirze codziennych zajęć ta perspektywa wydaje się nam dość odległa. Ale czy na pewno? A poza tym, jeśli rzeczywiście ufamy Bogu, to "nadzieja nasza zawieść nie może" (Rz 5, 5). A przecież to jeszcze nie wszystko. Warto pamiętać, że ta nadzieja nie dotyczy tylko tej pośmiertnej rzeczywistości, ale może dostarczyć człowiekowi wierzącemu naprawdę trwałych i głębokich uzasadnień w codziennym trudzie zmagania się z drogą, trudzie przekształcania spotykanej rzeczywistości zgodnie ze swoim powołaniem. Ta "nadzieja naszego powołania" (por. Ef 1, 18) to przede wszystkim właśnie radość, a nawet w ogóle zdolność kroczenia na co dzień drogą, jaką nam wyznaczył Pan, drogą naszego życia.

Można chyba nazwać nadzieję rodzącą się z trudu, czy nawet cierpienia dnia powszedniego jednym z najważniejszych postulatów, wymagań chrześcijańskiego życia. Bo dopiero wtedy, kiedy tę nadzieję będzie w nas widać i słychać, staniemy się rzeczywiście ludźmi wierzącymi. Dlatego właśnie tak gorąco trzeba prosić o Ducha Świętego, Ducha Pokoju i Nadziei. Dlatego tak ważne jest otwarcie serca w czasie Jubileuszu, który już wkrótce rozpoczniemy. Szczególnie otwarcie właśnie na Ducha, który swoją mocą przemienia i uświęca wszystko. Dopiero wtedy obiecany pokój stanie się naszym udziałem, a życie nie będzie takie nieżyciowe.

Właściwie już formalnym dopowiedzeniem jest uwaga, że tę zachętę do bliskości trzeba po prostu próbować przetłumaczyć na język sakramentów. Częsta i mądra Spowiedź i Komunia święta są niezwykle ważnym źródłem radości. Pamiętam niewyobrażalną ulgę człowieka, który po pięćdziesięciu sześciu latach przerwy przystąpił do tych sakramentów. Kilka miesięcy leżał w szpitalu, ale zdecydował się na rozmowę ze mną dopiero wtedy, kiedy skończył się czas mojego zastępstwa za kapelana. Wezwany przyszedłem, chociaż było dość późno. Po spowiedzi rozmawialiśmy jeszcze krótką chwilę, ale umówiliśmy się na spotkanie za dwa dni - tyle się nagle nazbierało wspólnych tematów. Kiedy wychodziłem uścisnął mi rękę i powiedział: "Pan Bóg jest miłosierny. Nawet ksiądz nie wie, jak się z tego cieszę". Przyszedłem po dniu przerwy, rano, ale porozmawiać już nie zdążyliśmy. Miłosierny Pan Bóg zaprosił go do swojej radości.

 
Prawdziwą radość można tu sobie przygotować, ale uzyskać ją można dopiero w przyszłym życiu. (św. Augustyn)
 

Ks. Sławomir Murawka SChr.
e-mail:  slawek@tchr.org


Copyright  (c)  1999 Polska Misja Katolicka AmsterdamList do PMK Amsterdam
Ostatnia modyfikacja:  01-04-2001